18.03.2012 09:36

Autor: Katarzyna Borowiec

Dirty Three – “Toward the Low Sun”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Dirty Three – “Toward the Low Sun”
Drag City/2012

Album dojrzały.

Australijskie trio gra razem już od dwudziestu lat. Jim White, Mick Turner (malarz, autor okładek) i najbardziej znany (z uwagi na współpracę z Nickiem Cave’em) Warren Ellis mieszkają na trzech różnych kontynentach, dlatego sesje nagraniowe Dirty Three wymagają precyzji. Jeśli coś się nie uda, kolejna okazja może się długo nie pojawić. Od ostatniego albumu minęło siedem lat i panowie już zaczynali mieć wątpliwości. Wspólne granie wciąż jednak przynosiło im satysfakcję, dlatego nie tracili nadziei i w końcu udało się nagrać “Toward the Low Sun”.

Na nowym wydawnictwie zespół powraca do korzeni – instrumenty są z powrotem trzy, z drobnym tylko urozmaiceniem w postaci klawiszy, skończyły się przygody z wokalem, utworów jest dziewięć; poprzedni album, “Cinder” pozostaje więc w dyskografii Dirty Three czymś wyjątkowym. Z wprowadzonych na nim zmian zachowała się długość utworów – na “Toward the Low Sun” nie ma wprawdzie aż tak krótkich kompozycji, ale żadna nie przekracza sześciu minut, co dawniej się nie zdarzało. Album można podzielić na pół. Pierwsza część od mocnego wejścia w postaci “Furnace Skies”, przypominającego bardziej Red Sparowes niż typowe dla zespołu klimaty, to królestwo Jima White’a – perkusja jest tutaj instrumentem dominującym, gitara i skrzypce próbują się do niej dostosować. Utwór otwierający brzmi trochę jak powolne składanie fragmentów, które nie mogą zgrać się w spójną całość. Podobnie chaotyczne jest “Sometimes I Forget You’ve Gone” wzbogacone o delikatne klawisze; nie jest to nieporządek drażniący – intryguje i poszerza zakres przywoływanych na płycie emocji. Brak wiodącej melodii sprawia, że uwaga słuchacza koncentruje się na frenetycznej, free-jazzowej grze perkusji. White udowadnia na tej płycie swoje mistrzostwo, swobodnie poruszając się po całym spektrum dźwięków, od cichutkiego szmeru talerzy do grzmotu bębnów, poprzez typowe dla tria wykorzystanie miotełek. Z czasem pojawia się oczekiwana melodyjność – “Moon on the Land” i promujące płytę “Rising Below” zahaczają nieco o stylistykę country, przede wszystkim ze względu na brzmienie skrzypiec. Pierwszy snuje się spokojnie, drugi stopniowo nabiera tempa.

Po środkowym “The Pier” zaczyna się druga część albumu, w której Dirty Three przechodzą od hałaśliwszych wariacji do urzekających melodii. Cztery końcowe utwory są bardziej spójne, ale wciąż pełne swobody. Kompozycje na “Toward the Low Sun” przeważnie dążą do kulminacji (albo wyciszenia) w połowie, ale nie są oparte na jakimś wyraźnym, ujednolicającym schemacie, który mógłby nudzić; wręcz przeciwnie, płyta jest bardzo różnorodna. “Rain Song” ma tytuł tak deskryptywny/sugestywny jak starsze płyty “Horse Stories” i “Ocean Songs” – brzmi jak deszcz: dźwięk talerzy to jego jednostajny szum, a trącane palcami struny skrzypiec i gitary to skapywanie większych kropel zbierających się na gzymsach. Podobnie czarujące w starym stylu są nieco mroczniejsza, oparta na niższych brzmieniach “That Was Was” i “Ashen Snow” ze śliczną klawiszową melodią i rzewnymi skrzypcami. Ten ostatni utwór jest chyba najlepszym momentem na płycie, jak “Sirena” albo “Some Summers They Drop Like Flys” – chwilą, w której można się zakochać.  Najbardziej podobne do dotychczasowych dokonań zespołu jest zakończenie – “You Greet Her Ghost” z charakterystyczną, przytłumioną perkusją, w tle której odbywa się rozmowa skrzypiec z gitarą (ich dwa głosy zostały podzielone na dwa kanały).

Dobrze, że panowie nie poddali się w obliczu kryzysu. Na ósmej płycie Dirty Three zawarli wszystkie charakterystyczne cechy swojej twórczości. Prezentują własny, wypracowany przez lata muzyczny język. Jeśli kogoś do tej pory nie zachwycił ich kunszt, to pewnie “Toward the Low Sun” tego nie zmieni; zwolennicy odnajdą tu znów wachlarz emocji i soundtrack do własnych historii.  To może być też dobry początek znajomości z tym zespołem.

Katarzyna Borowiec


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (7 głosów, średnio: 7,86 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.