20.01.2016 09:00

Autor: Michał Stępniak

David Bowie – “Blackstar”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


David Bowie – “Blackstar”
Columbia/RCO/ISO/2016

Smutek i nostalgia.

10 stycznia udałem się do sklepu, by zakupić “Blackstar”. Po powrocie uznałem, że znajomość z płytą nawiążę następnego dnia. Chciałem zrobić to “na spokojnie”. Pierwsza wiadomość jaką otrzymałem z rana sprawiła, że świat wydał mi się jeszcze bardziej okrutny i przygnębiający. Wsłuchiwanie się w album miało już przebiegać zupełnie inaczej niż sobie zaplanowałem. Wszystko odbywało się w niespodziewanych, niezwykle smutnych czy nawet wkurzających  okolicznościach (marzenie o trasie koncertowej czy choćby przeczytaniu nowego wywiadu przepadło). Każda piosenka brzmiała jak pożegnanie. Niezwykle ciężko było odbierać je bez dodatkowych emocji czy wyszukiwania pewnych tropów, które zapowiadały nieuniknione. W ostatnich dniach o “Blackstar” powiedziano już tyle, że w zasadzie nie sposób patrzeć na ten album bez uwzględniania całej otoczki związanej ze śmiercią artysty. Łatwo też o sentymentalizm i banał. Trudno natomiast recenzować album, gdy już doskonale wiadomo, że kolejnego nie będzie.

“Blackstar” to pierwsza płyta w dyskografii z okładką bez twarzy Bowiego. To też pierwsza płyta, na której artysta skierował w tak oczywisty sposób swoją uwagę w stronę jazzu, ale z drugiej strony nazwać album jazzowym byłoby pewnym nadużyciem. Elementy z przeszłości artysty, zarówno muzycznej, jak i tematycznej, są tutaj ciągle obecne. Z jazzu wyciągnięto pewną swobodę, ale nie spod znaku tej, w której dobrze bawią się tylko muzycy. Nie ulega wątpliwości, że kluczową rolę w tej kwestii odegrał saksofonista Donny McCaslin, który oprócz Bowiego i producenta Tony’ego Visconti jest głównym bohaterem “Blackstar”. Sam producent stwierdził, że jedną z podstawowych inspiracji była płyta Kendricka Lamara “To Pimp a Butterfly” i przy odrobinie dobrej woli można te wpływy usłyszeć. Zdecydowanie lepiej słychać inspiracje Scottem Walkerem, o których miał mówić sam Bowie. Gdyby natomiast szukać porównań w dyskografii artysty, to “Blackstar” najbliżej do  świetnego “1. Outside”, ale z nieco mniejszą ilością eksperymentów i bez myśli przewodniej.

Po dość przystępnym “The Next Day” pojawił się więc album nieco trudniejszy w odbiorze. Nie sposób go raczej “oswoić” za pierwszym razem, ale każda kolejna próba jest wynagradzana. Zaintrygowanie ustępuje miejsca poczuciu obcowania z czymś pięknym, wbijającym w podłogę. “Blackstar” cechuje pewien niepokój, zagadkowość,  nieoczywistość, zmienność. Bowie nigdy nie potrafił ustać w miejscu i poszukiwał nowego “ja” i na swojej ostatniej płycie pozostał wierny tej strategii. To zaledwie siedem utworów, trwających łącznie 41 minut, a dodatkowo część z nich, w nieco innych aranżacjach, była już znana fanom. Nie zmienia to faktu, że otrzymaliśmy album genialny. W tych siedmiu piosenkach Bowie proponuje za każdym razem coś zupełnie innego, ale równocześnie płyta sprawdza się jako całość. Tytułowa minisuita wręcz hipnotyzuje, a pozostałe utwory również trzymają wysoki poziom. Na czoło wysuwa się nowofalowy “Lazarus”, transowy “Girl Loves Me” czy pozostawiający w osłupieniu nostalgiczny “I Can’t Give Everything Away”. Są tu także pojedyncze momenty, do których chce się wracać i wracać.  Zniewalają i nie chcą wyjść z głowy np. solówki na saksofonie w “Lazarus” i “Dollar Days” czy wokal Bowiego w “Blackstar”. Kiedy artysta wraca do nieco bardziej popowej stylistyki w “Dollar Days”, to również można tylko przyklasnąć. Wszystkie pomysły, które z pozoru nie mogły się sprawdzić i współgrać, funkcjonują i fascynują.

Niech brzmi to patetycznie, ale “Blackstar” to namacalny dowód na to jak wielkim artystą był Bowie. Jeśli mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy, to David na swojej ostatniej płycie potwierdził swoją wybitność. Przy niemal każdej okazji przypominane są fragmenty z “Lazarus”: Look up here, I’m in heaven / I’ve got scars that can’t be seen. Pozostała pustka, jakiej nie sposób wypełnić. Po przesłuchaniu “Blackstar” można w zasadzie tylko powiedzieć: dzięki!

Michał Stępniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (18 głosów, średnio: 7,33 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.