Colours of Ostrava – dzień trzeci
Ostrawa/19.07.20114

W cieniu Roberta Planta i Bastille.

Od mocnego uderzenia zaczął się trzeci dzień Colours of Ostrava. Grający na scenie głównej czeski zespół Eddie Stoilow rozpoczął swój koncert od muzycznej laurki dla mającego zagrać wieczorem Roberta Planta. Jeden z najlepiej znanych riffów w historii muzyki – z utworu “Kashmir” Led Zeppelin – przyciągnął pod scenę całkiem sporo publiczności, która z Eddiem została do końca jego występu. Najwyraźniej nie zrazili się faktem, że nawiązań do historii muzyki więcej nie było, a brzmienie grupy budzi chwilami raczej skojarzenia z Linkin Park, niż Led Zeppelin czy innymi nieco starszymi gigantami rocka. Co więcej – utwory takie jak “Back to Africa” określiłabym jako pop-rock. Przyjemnie budzą i nakręcają na cały festiwalowy dzień. O pobudzenie zadbał też wokalista zespołu Honza Zampa, który próbował sprawdzić interaktywność publiczności. Niestety, tropikalne upały panujące w Ostrawie sprawiły, że jego starania spaliły na panewce, bo on sam sprawiał wrażenie pozbawionego energii. Podobna atmosfera panowała też na innych koncertach: The Chancers, Materska.com czy Dana Barta & Illustratosphere. Pod scenami bawiła się ledwie część słuchaczy, reszta zajęła miejsca siedzące w każdym możliwym skrawku cienia.

Chociaż występom tych grup nie można odmówić wysokiego poziomu, ciekawych utworów czy starających się o przyjemną atmosferę frontmanów, to pogoda skutecznie utrudniała zabawę. Nie lepiej miały zespoły grające tego dnia na Drive Stage w namiocie. Tam jednak, mimo zaduchu i skwaru, czeskiej grupie Queens of Everything udało się skłonić słuchaczy do dzikich pląsów. Wszystko za sprawą niezwykle energetycznego połączenia rock’n'rolla, punku i ska. Grupa sama doskonale bawiła się przy swojej muzyce, nic więc dziwnego, że entuzjazmem zarazili też publiczność.

Pierwszą gwiazdą, jaka wystąpiła tego dnia na ostrawskich scenach, był Chet Faker. Australijczyk wykonał przede wszystkim utwory ze swojego debiutanckiego i póki co jedynego krążka “Built on Glass” (recenzja), choć pojawiły się też starsze kompozycje, które nie znalazły się na nim: “I’m Into You” czy “Terms and Conditions”. Swoimi spokojnymi kompozycjami, muzyką downtempo i wysmakowaną elektroniką pozwolił publiczności na chwilę odpłynąć, uspokoić się i wyciszyć. Oczyścił zmysł słuchu i przygotował go na kolejne festiwalowe doznania. Podobnie jak Olafur Arnalds, który gościł tego dnia na Colours of Ostrava. Chłodnej, minimalistycznej muzyki Islandczyka nie trzeba przedstawiać. Jedynym minusem jego występu było to, że odbywał się na Vitkovice Gong Stage, czyli zamkniętej sali koncertowej, która posiada ograniczoną liczbę miejsc siedzących, a wejściówki na koncerty na niej (m.in. Jamiego Woona, Jany Kirschner, 9Bach czy Hideen Orchestra) należało wcześniej zarezerwować online. Niestety nie wszyscy słuchacze wiedzieli o tym, nie wszystkim też udało się zarezerwować miejsca. Kto nie dostał się na salę, mógł obejrzeć koncert na telebimie przed budynkiem. Mógł też wybrać się na koncert Darkside - grupy, której brzmienie oscyluje między downtempo, ambientem, eksperymentalną muzyką elektroniczną. Serca i uszy słuchaczy podbili wydanym w ubiegłym roku albumem “Psychic” i to głównie na nim oparli koncertową setlistę.

Komu nie odpowiadała minimalistyczna, chłodna estetyka, mógł w tym samym czasie, kiedy odbywał się koncert Cheta Fakera, wybrać się na koncert Iyeoki Okoawo – amerykańskiej piosenkarki nigeryjskiego pochodzenia, która specjalizuje się w żywych, energetycznych brzmieniach nawiązujących do muzyki etnicznej, soulu, gospel, bluesu czy… hip-hopu. Na jej koncercie nie było miejsca na spokojne siedzenie i kontemplowanie muzyki, muzykę należało odczuwać całym ciałem i wszystkimi zmysłami. Jak się to robi demonstrowała sama Iyeoka i jej zespół. A komu byłoby mało tego typu muzyki, piętnaście minut później mógł udać się pod scenę główną, gdzie swój występ rozpoczynała Angelique Kidjo.

Cały trzeci dzień Colours of Ostrava mijał w duchu oczekiwania na gwiazdy wieczoru – najpierw Roberta Planta and the Sensational Space Shifters, a następnie Bastille. Prawdę mówiąc, zaskoczył mnie ten układ headlinerów. Robert Plant – obecny na rockowej scenie muzycznej od ponad czterdziestu lat, lider legendarnego i kultowego Led Zeppelin, jeden z najbardziej znanych wokalistów w historii muzyki, ojciec takich utworów jak “Stairway to Heaven”, “Immigrant Song”, “Kashmir”, “Whole Lotta Love” czy wielu, wielu innych, lider setek rankingów na “najlepszego wokalistę rockowego” lub “najlepszego wokalistę wszechczasów” przed zespołem, który istnieje raptem cztery lata, wydał jedną płytę studyjną, trzy EP-ki i tworzy muzykę – hmmm, powiedzmy na miarę naszych czasów – łatwą, prostą, do słuchania przy okazji. Ot, wpadnie w ucho taki zaśpiew “eeeooo, eeeooo, eeeooo, eeeooo” jak z “Pompeii” i nie chce wyjść z głowy, chociaż nawet nie wiemy dokładnie co to za zespół, bo podobnych jest na pęczki. A może jednak nie, skoro to Bastille są obecnie hitem festiwalowym, jeżdżą od Glastonbury, poprzez Open’era aż po Ostrawę wszędzie budząc szał radości i entuzjazmu. Kiedy ze sceny rozbrzmiało intro z “Miasteczka Twin Peaks”, a muzycy wyszli na scenę, euforia wśród publiczności niemal sięgnęła zenitu. Niemal, bo jeszcze większa była tylko kiedy zaczęli grać “Things We Lost in the Fire” i “Pompeii” na zakończenie koncertu.

Robert Plant i jego zespół budzili podobne emocje, ale może za sprawą bardziej dojrzałej publiczności, która zjechała na koncert, ów entuzjazm przejawiał się nieco spokojniej. Aczkolwiek piski radości i krzyki podniecenia przy “Whole Lotta Love”, “Babe, I’m Gonna Leave You” czy “Rock and Roll” nie pozostawiały wątpliwości, za które utwory Plant jest najbardziej kochany. Nawet “Rainbow”, które obecnie króluje w rozgłośniach radiowych i zapowiada nadchodzący krążek, nie spotkał się z tak ciepłym przyjęciem jak stare, dobre kawałki jeszcze z repertuaru Led Zeppelin. Ale bez Jimmy’ego Page’a na gitarze to nie to samo. Marudzę? No dobrze, więc nowe aranżacje także brzmią ciekawie, sporo w nich nawiązań do muzyki etnicznej, sporo solówek, rozwiniętych partii instrumentalnych. Sam Plant na wokalu doskonale daje radę, brzmi czysto i właściwie niewiele się zmieniło na tym polu przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Tylko energii w tym wszystkim nie za dużo. Rozumiem, że większość życia spędzona w kapelach rockowych robi swoje i jest, delikatnie mówiąc, wycieńczająca, poza tym Plant nie ma tylu lat co Dan Smith z Bastille, ale ów koncert sprawiał wrażenie zachowawczego, zdystansowanego, zagranego zgodnie z kontraktem i nic ponadto. Właściwie jednak, nie przeszkadza mi to. Zobaczyłam legendę, posłuchałam świetnego wokalisty, spędziłam wieczór na wyjątkowo przyjemnym koncercie. Czego chcieć więcej?

Sandra Kmieciak




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.