19.07.2014 12:35

Autor: Sandra Kmieciak

Colours of Ostrava – dzień pierwszy

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali

Wykonawcy: | | | |


Colours of Ostrava – dzień pierwszy
Ostrava/17.07.2014

Imprezę czas zacząć.

Kiedy w Polsce żyjemy jeszcze wspomnieniami tegorocznego Open’era i przygotowujemy się do szaleństw na Offie, tuż za południową granicą trwa festiwal, który powinien stać się must have każdego miłośnika alternatywnego grania, który dodatkowo wakacje spędza przenosząc się spod jednej sceny pod drugą. Chociaż może nie każdego, bo fantastyczna, postindustrialna przestrzeń jaką zajmuje Colours of Ostrava w Dolnych Vitkovicach, mogłaby okazać się za mała dla takich rzeszy słuchaczy. Ale, ale – do rzeczy.

Gwiazdą pierwszego festiwalowego wieczoru było MGMT. Przyznam, że miałam pewne obawy związane z tym koncertem. Nie najlepsze recenzje po Open?erze sprawiły, że obawiałam się, czy zespół sprosta wysokim wymaganiom jakie mu stawiam. Po MGMT oczekiwałam przede wszystkim doskonałej zabawy, luzu, braku nadęcia i sztywnego zblazowania. Do tego świetnie nadającej się na festiwale setlisty, która mogłaby być swoistym samograjem przy którym publiczność, i tak rozochocona festiwalową atmosferą, bawi się doskonale bez względu na szerokość geograficzną. Niestety MGMT okazało się zawodem. Setlista skonstruowana była w taki sposób, że w połowie doskonale nadawałaby się do zadymionego, dusznego, ciasnego klubu, a w połowie na gigantyczną imprezę z muzyką elektroniczną. Przede wszystkim jednak, koncert w moim odczuciu pozbawiony był energii. Andrew VanWyngarden sprawiał wrażenie, jakby mu się nie chciało. Niemalże zerowy kontakt z publicznością, ograniczony tylko do “Thank you” albo w bardziej rozbudowanej wersji “Thank you very much”, sprawiał, że bariera między muzykami a publicznością była niemal namacalna. Z pewnością takie wrażenie potęgowały wcześniejsze koncerty, jakie odbyły się na głównej scenie – Les Tambours du Bronx i Shaka Ponk.

ShakaPonk była drugą najbardziej oczekiwaną przeze mnie gwiazdą pierwszego dnia festiwalu. Zespół grający eksperymentalny rock, który określiłabym jako mieszankę elektroniki, funku, punku, hip hopu, elektroniki. Mniejsza jednak o kategorie, najważniejsze, że zespół ma w sobie ogień i wie, jak przekazać go słuchaczom. Samaha Sam i Frah doskonale uzupełniają się nie tylko wokalnie, ale także robiąc doskonałe show. Wiedzą jak rozgrzać publiczność i przykuć jej uwagę. Wiedzą nawet, jak posadzić na ziemi wielotysięczną festiwalową publiczność. Nie można zresztą powiedzieć o pozostałych członkach zespołu, że nie wpisują się w ową stylistykę. Podczas koncertu publiczność mogła usłyszeć m.in. ”Story O’ My LF”, ”Altered Native Soul” czy nieco starszy przebój ”I’m Picky”. Jestem jednak przekonana, że nawet osoby, które nie znały wcześniej Shaka Ponk bawiły się świetnie.

Taki sam efekt uzyskał drugi francuski zespół grający tego dnia na głównej scenie - Les Tambours du Bronx. Grupa mocno wytatuowanych, wściekłych facetów walących kijami w metalowe beczki sprawiła, że publiczność oszalała. Chociaż kiedy zaczynali grać nie było 20, w powietrzu wisiał jeszcze niesamowity upał panujący tutaj cały dzień, a znaczna część osób zgromadzonych pod sceną w sennym nastroju dopiero przygotowywała się na długo oczekiwane muzyczne doznania – Francuzi obudzili ich w mgnieniu oka. Pasja i zaangażowanie jakie wkładają w grę przełożyło się na olbrzymie zainteresowanie i aplauz ze strony publiczności. Radość, jaką sprawia muzykom gra, udzieliła się też słuchaczom. Uwielbiam takie koncerty, dają moc i ogrom entuzjazmu, które są sensem udziału w festiwalach. I jakichkolwiek innych koncertach.

Polskim akcentem pierwszego dnia festiwalu była Orkiestra św. Mikołaja. Zespół zagrał w namiocie niedaleko sceny głównej, wypełniając go słuchaczami po brzegi. Nie wiem jaki procent publiczności stanowili Polacy, a jaki Czesi, ale polska muzyka ludowa najwyraźniej przypadła do gustu jednym i drugim. Większość osób chętnie uczyła się polskich tekstów, śpiewała z zespołem i tańczyła w rytm muzyki. Nie był to jednak jedyny folklorystyczny akcent tego dnia. Muzykę nawiązującą do folkloru tureckiego i berberyjskiego zaprezentowała grupa Fanfarai, natomiast Seasick Steve zapoznał publiczność z brzmieniem wywodzącym się z amerykańskiego południa – country, bluegrassem i bluesem. Seasick Steve swój występ ubarwił prezentacją gitar własnej produkcji. Najciekawsza moim zdaniem, wykonana była z tary do prania i naciągnięta na nią była tylko jedna struna, na której jednak muzyk – jak na wirtuoza gitary przystało – dał świetny koncert.

Podsumowując pierwszy dzień festiwalu, przyznaję, że najsłabszym moim zdaniem występem był koncert MGMT, natomiast najlepszym… Hmmm. Nie potrafię wybrać. Les Tambours du Bronx lub Shaka Ponk, a może Fanfarai, którzy także solidnie rozbujali publiczność.

Sandra Kmieciak




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.