Colours of Ostrava 2015
Ostrawa/16-19.07.2015

Podsumowujemy cztery dni muzycznego szaleństwa zza południowej granicy.

Czternasta edycja Colours of Ostrava za nami. Czeski równolatek Open’era podobnie jak polski festiwal urósł do niewiarygodnych rozmiarów stając się rozbuchaną festiwalową machiną. Zachowuje przy tym swój urok, ale przeciętnemu uczestnikowi, który chce posłuchać ulubionych kapel, dowiedzieć się co nowego i ciekawego piszczy w gęstych festiwalowych trawach oraz poszerzyć swoje horyzonty muzyczne o znajomość paru interesujących zespołów, może nastręczać sporo problemów. Cztery dni zlały się w mojej pamięci w całość tworząc dość kolorowy i chaotyczny obraz. Nie mam tutaj na myśli wyłącznie różnorodnej muzyki, jakiej podczas Colours można posłuchać, muzyki często spod znaku world, ale też różnorodnej gatunkowo – od popu po jazz czy mroczną elektronikę. To pozytywna strona owego chaosu. Pozytywne jest też pojawienie się nowych scen: europejskiej i elektronicznej. Ale owo mnożenie scen może też otwierać listę grzechów i grzeszków festiwalu. Bo line-up, chociaż pokaźnych rozmiarów i mogący budzić uznanie, w gruncie rzeczy wypadł słabiej niż w poprzednich edycjach.

Zacznijmy od koncertów headlinerów. Colours of Ostrava rozpoczął się z wysokiego C. Niewątpliwie największą gwiazdą tegorocznej edycji była Bjork, którą mogliśmy zobaczyć już pierwszego dnia festiwalu. Pierwszego dnia na pierwszym koncercie na dużej scenie. Nie za szybko? Czy też na czwartkowe koncerty Bjork ma promocję w swoim cenniku? Tym bardziej niezrozumiałe, o ile spojrzymy w plan koncertów artystki i zobaczymy, że następne show zaplanowane miała dopiero na 20 lipca. Nie jej wina zatem, że musiała grać w blasku słońca przed publicznością, która bardziej od muzyki pragnęła zimnego piwa. Taki line-up mógł też sprawić, że sporej części publiczności koncert umknął (nie każdy dał radę dojechać na festiwal w czwartek przed 20:00). Sprawiał też, że chociaż publiczność nie do końca obudziła się do festiwalowego życia, zamiast spokojnej aklimatyzacji, musiała pędzić pod scenę. To “niedobudzenie” było wyczuwalne. Oczywiście Bjork doskonałym koncertem, wynagrodziła owe niedogodności. Aczkolwiek trzeba przyznać, że był to chyba “najcięższy” muzyczny orzech do zgryzienia (choć ostrą konkurencję drugiego dnia festiwalu zrobili panowie ze Swans). Znaczną część setlisty stanowiły utwory z najnowszej płyty islandzkiej wokalistki “Vulnicura”, która jest płytą trudną, introwertyczną, zmuszającą do słuchania w najwyższym skupieniu, często operującą niemalże kakofonicznymi dźwiękami, pełną napięć, skomplikowanych muzycznych przejść. Wszystko to sprawia, że nie jest to idealna muzyka festiwalowa. Trudno do niej skakać, klaskać, śpiewać. A mimo to potrafi wprawić festiwalową machinę w ruch. Chociaż część publiczności wyglądała na znudzoną, część na rozbawioną scenicznym wyglądem artystki, która miała na twarzy maskę wyglądającą jakby była zrobiona ze słomek, część czmychnęła na inne koncerty, gdy tylko nadarzyła się taka okazja, to jednak większość osób słuchała z nabożnym skupieniem.

Ja podziwiałam też wizualizacje. Dominującym motywem był świat owadów w skali makro, pojawiały się również animacje, których autorstwo przypisałabym Matthew Barneyowi (życiowemu partnerowi Bjork), każde wideo było idealnie dopasowane do muzyki, doskonale dopełniało głębokie elektroniczne dźwięki, ciekawie kontrastowało z delikatnymi smyczkami. Sprawiało też, że koncert zyskał głębię, spokojnie można określić go mianem wielopłaszczyznowego performansu. Każdy jego element był dokładnie przemyślany i zaaranżowany, nie było miejsca na przypadek, na niedociągnięcia. Pomiędzy nowe utwory zostały wplecione starsze kawałki: “Hunter”, “Army of Me” czy zamykający koncert i absolutnie rewelacyjnie wykonany “Hyperballad”, ale dzięki zgrabnym aranżacjom utwory te doskonale dopełniały całości i (mam nadzieję) satysfakcjonowały malkontentów, którzy pragną słuchać znanych im hitów.

Spośród koncertów headlinerów ciekawie wypadł Kasabian. Co prawda w przeciwieństwie do Bjork, setlista w stu procentach została ułożona pod festiwalową publiczność – dużo przebojów, żeby ukontentowany czuł się zarówno wierny fan, jak i osoba, która kojarzy zespół, ale tylko hiciory, którymi bombarduje radio – ale w tym wypadku absolutnie nie przeszkadzało mi to, bo czegokolwiek Kasabian by nie zagrali, bardziej liczyła się energia i szaleństwo, jakie ta muzyka niesie ze sobą. Na początek dostaliśmy zatem “Bumblebeee”, “Shoot the Runner”, “Underdog”, “Days Ale Forgotten”, “Eez-Eh”, “Club Foot”, “Re-Wired”. Gdy przeboje zaczęły się kończyć, panowie uraczyli publiczność coverami Korna, The Doors i Fatboy Slima. Te w ich wykonaniu brzmiały ciekawie i barwnie, w niczym nie ustępowały oryginałom (chociaż pewnie wyznawcy Jima Morrisona nie zgodziliby się ze mną). Koncert zakończył się kawałkiem “L.S.F. (Lost Souls Forever)”. Koncert wypadł bardzo pozytywnie, chociaż ze strony zespołu dość zachowawczo. Może to zmęczenie trasą koncertową, która trwa już rok, może rutyna po graniu średnio co drugi dzień, ale odniosłam wrażenie, że panowie grają dokładnie to, co mają napisane na setliście, ale i zachowują się tak, jakby scenariusz dostali rozpisany obok. Jako słuchacz dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam, ale ani grama więcej.

Zdecydowanie większą spontanicznością wykazał się Mika. Chociaż podchodziłam do tego koncertu z rezerwą, bo ani muzyka libańsko-angielskiego wokalisty nie przekonuje mnie, ani nie pomaga fakt, że czasy świetności i największej popularności minęły dziewięć lat temu (tak, “Relax, Take It Easy” to singiel z 2006 roku!), to bawiłam się przednio. Mika z największą fantazją podszedł do zaaranżowania sceny. W ubiegłym roku ciekawe scenografie pokazali chociażby Shaka Ponk czy ZAZ, w tym roku zespołom chyba nie chciało się i scena była po prostu sceną, zamkniętą jedynie od tyłu ekranem na którym wyświetlano różnej jakości wizualizacje. Mika stworzył natomiast kolorowe miasteczko wyglądające jak z filmu animowanego. Zawsze to jakaś odmiana od czerni z trzech stron. Artyście udało się także nawiązać niesamowicie dobrą relację z publicznością, często zwracał się bezpośrednio do słuchaczy, wychodził do nich po wybiegu przed sceną, nawet gdy z nieba spadł ulewny deszcz – mókł razem z nimi. Mam wrażenie, że dostał w zamian dozgonną miłość większości zgromadzonych przed główną sceną. Muzycznie koncert był przyjemnie zrównoważony. Stare przeboje przeplatały się z nowymi kawałkami, nacisk na ciekawe przedstawienie i zaaranżowanie jednych i drugich był równo rozłożony. Finalnie wszystkie te aspekty połączyły się w ciekawe muzycznie i wizualnie show, wzmacniane o walory interpersonalne.

Tytuł roztapiacza serc należy się jednak Owenowi Pallettowi. Chociaż w Ostrawie słońce topiło i paliło absolutnie wszystko, kanadyjskiemu wokaliście i multiinstrumentaliście udało się swoim urokiem osobistym i wdziękiem rozpuścić nawet wszechobecny żwir. Konkurować z nim może tylko Dillon. Ich koncerty, jak w ogóle muzyka, urzekały prostotą, spokojem, melodyjnością, siłą bijącą z piękna czystych dźwięków bez rozbuchanej formy wizualnej czy (co gorsze) potrzeby ratowania koncertu kusymi strojami i machania pupą przed kamerami. Nawiązuję tutaj do koncertu Clean Bandit, który absolutnie nie przekonał mnie do zapoznania się bliżej z twórczością grupy. Przy Grace Chatto teledyski popowych gwiazdek możnaby włączać dzieciom jako dobranocki. Nie lubię też grup, które teksty swoich piosenek zapychają niezliczoną ilością wokaliz i nadużywają samogłosek i głosek “ooooooo(ch)” i “aaaaaaa(ch)”. Niestety tak odebrałam twórczość Clean Bandit, którzy może jako jeden z wielu zespołów w festiwalowym lineupie sprawdzają się, ale za nic nie chciałabym znaleźć się na ich indywidualnym koncercie.

Ciekawym doświadczeniem zmieniającym spojrzenie na muzyka, był koncert St. Vincent. Nigdy wcześniej nie dane było mi znaleźć się na występie amerykańskiej wokalistki, ale słuchając jej utworów wydawała mi się osobą nader spokojną, zrównoważoną, pedantyczną, nie pozwalającą sobie na niekontrolowane wybuchy szaleństwa. No dobra, nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam jej muzykę, kocham jej image, podziwiam ją za to, że tworząc muzykę popularną, nie karmi słuchaczy szmirą, która uwłacza człowieczeństwu – ale wydawała mi się przy tym dość “drewniana”. W samo sedno trafiłam z pedantycznością – koncert był zaplanowany co do minuty i najdrobniejszego detalu. Image, zachowanie sceniczne, o muzyce nie wspominając, nie dosłuchałam się tam ani jednej wpadki, nawet nagłośnienie było lepsze niż podczas większości występów na głównej scenie (palma pierwszeństwa najgorzej nagłośnionego koncertu należy się natomiast Other Lives. Smutne buczenie basu uniemożliwiało słuchanie muzyki). Ale to co działo się na zakończenie koncertu jest właściwie nie do opisania. Wciąż zastanawiam się czy wskakiwanie na ramiona ochroniarzowi i oddawanie gitary publiczności były elementem scenariusza czy wpadło artystce do głowy spontanicznie. Tak czy inaczej – wypadło rewelacyjnie i sprawiło, że występ St. Vincent znalazł się w moim absolutnym top 5 koncertów podczas Colours of Ostrava 2015, a przy okazji zaczęłam postrzegać artystkę z jeszcze większą sympatią.

Fantastyczny koncert dał francuski twórca elektroniki gęstej i czarnej jak smoła – Danger. Nie pytajcie mnie co znalazło się na setliście, ale było rewelacyjne. Muzyka przyśpieszała i zwalniała, wznosiła się i opadała, ale równy bit utrzymywał całość w ryzach i nie pozwalał publiczności zatrzymać się w pląsach. Sam muzyk w charakterystycznej masce ze świecącymi oczami ledwo wystawał znad konsolety nadając koncertowi abstrakcyjny, nieco oniryczny charakter. I choć tego typu muzyka kojarzy mi się raczej z zadymionymi klubami, to w otwartej przestrzeni i tumanach kurzu oraz oparach placków ziemniaczanych też odnalazła się doskonale. Podobne wrażenie odniosłam na koncercie Black Strobe. Też oczyma wyobraźni widzę Arnauda Rebotini’ego spacerującego pomiędzy publicznością w rockowej knajpie, gdzie w powietrzu można wieszać siekiery, panowie kiwają w rytm głowami i szklaneczkami z whisky, a panie flirtują z wokalistą w sposób niestosowny do miejsca, gdzie mogą znaleźć się nieletni. Ale Black Strobe poradzili sobie i z plenerem, i z whisky, i z flirtowaniem. Nie przeszkadzały barierki oddzielające scenę i fosę od publiczności, dzieci w promieniu 50 metrów i ochrona, która nieszczególnie przychylnie patrzy na bliskie kontakty artystów z pierwszymi rzędami słuchaczy. Rebotini rzucił ze sceny jedynie figlarne “Przepraszam za to jaki jestem” i właściwie dalej wszystko zaczęło iść zgodnie z moimi wyobrażeniami. A muzycy grali i grali “I’m A Man” rozciągając je na dobre kilkanaście minut. Jak dla mnie mogli dłużej, zdecydowanie dłużej.

Jeśli natomiast idzie o najciekawsze odkrycia tego festiwalu, to wymienić muszę Vok, Too Many ZoozDub Inc. Każdy reprezentuje inny gatunek muzyki, inną energię i wrażliwość, ale każdy był fenomenalny i bardzo chętnie powrócę do słuchania ich w domowym zaciszu. Vok to islandzka spokojna, delikatna muzyka spod znaku nastrojowej elektroniki, efemerycznego wokalu, eksperymentu połączenie The Knife z Olafurem Arnaldsem. Brzmi znajomo, ale inaczej. Too Many Zooz to nowojorski skład specjalizujący się w brass housie. Grupa świetnie połączyła brzmienie trąbki, saksofonu basowego oraz bębna i perkusjonaliów. Do tego jej image sceniczny, a w szczególności “choreografia” saksofonisty Leo P., mogła… hmmm… rozbudzić wyobraźnię wielu pań? Matt Doe (trębacz) sprawiał natomiast wrażenie najbardziej wyluzowanego muzyka na całym festiwalu. Grupa miała też bardzo dobry kontakt z publicznością, wiedziała jak poderwać z trawników i wygodnych mat do siedzenia nawet najbardziej niemrawą publikę. Trudno opisać klimat koncertu, zachęcam więc do obejrzenia wideo. Powie więcej niż tysiąc słów zarówno o muzyce, jak i o muzykach. Do wcześniejszej nieznajomości Dub Inc może wstyd się przyznać, ale jakoś mi umknęło. Nadrobiłam jednak zaległości z francuskiego reggae, w którym pobrzmiewa muzyka afrykańska i arabska połączona z rapem, ska, dancehallem i elektroniką. Połączenie nader nośne, przyjemne do słuchania, będące też intelektualną rozrywką, jeśli chce się znaleźć wszystkie odniesienia muzyczne, jakie poukrywane są w kompozycjach grupy.

Jak zwykle podczas Colours of Ostrava ciekawie prezentował się line-up na Drive Stage. Muzyka folkowa bądź ocierająca się o folk z różnych stron świata w warunkach festiwalowych brzmi wyjątkowo ciekawie, barwnie i nośnie. Po pierwszym dniu festiwalu szczególnie polecam Heymoonshaker - Andy BaLcon i Dave Crowe w ciekawy sposób łączą blues, rock’n'roll i beatbox. Po kolejnych – The Woohoo Revue (grają jak grają, ale jak wyglądają!), Canzoniere Grecanico Salentino (wiem, że to kolejna L’Arpeggiata, bo cóż można nowego wymyślić w muzyce starowłoskiej, ale brzmią ciekawie i należą im się brawa za podejmowanie się opracowywania niełatwego tematu muzycznego), NO Blues (blues i muzyka arabska na raz? W takim wydaniu z przyjemnością) i Electro Deluxe (nie do końca rozumiem kto umieścił ów zespół w namiocie, w TYM namiocie, ale dziękuję, że w ogóle zaprosił francuską jazzująco-funkową grupę na festiwal. Zdecydowanie był to jeden z najlepszych, choć najgorętszych i to wcale nie metaforycznie, koncertów).

Polskę na Colours of Ostrava reprezentowali: Bokka, The Dumplings, Marika, Kapela ze Wsi WarszawaJanusz Prusinowski Kompania. Ze względu na napięty grafik udało mi się wysłuchać prawie w całości jedynie Mariki oraz Kapeli ze Wsi Warszawa (całości). Oba koncerty wypadły moim zdaniem bardzo dobrze, chociaż Kapela grała na głównej scenie o godzinie 16, kiedy publiczność myślała raczej o schowaniu się w chociażby skrawku cienia i delektowaniu się zimnym czeskim piwem, a konkurencją dla Mariki był grający w tym samym czasie Clean Bandit. Publiczność jednak na obu koncertach dopisała, a zespoły sprawiały wrażenie jakby granie w Ostrawie sprawiało im niemało przyjemności. Takie nastawienie było nader pozytywne, słuchając muzyki i wypowiedzi artystów pomiędzy utworami nie miałam wrażenia, że za chwilę krzykną “Jak się bawi Szczecin?”, bo tam grali kilka dni wcześniej, a każdy koncert jest taki sam, więc można się pomylić.

Reasumując: Colours of Ostrava 2015 uważam za udany, różnorodność zaprezentowanej muzyki pozwoliła każdemu znaleźć coś dla siebie i w natłoku scen odnaleźć taką, pod którą chciało się na dłużej zatrzymać. W tym przebogatym line-upie zabrakło mi jednak zespołów, które są absolutnie na czasie, są gwiazdami dokładnie w tym momencie, gdy włączysz radio teraz, z pewnością je usłyszysz (w ubiegłym roku byli to chociażby Bastille, John Newman, The Asteroids Galaxy Tour, MO). W tym roku zestaw artystów sprawiał wrażenie przygotowanego wcześniej, zakontraktowanego na długo przed festiwalem i umożliwiającego odłożenie ręki z pulsu, bo robota została już wykonana. Wisienką na torcie była St. Vincent, ale Rudimental i Kasabian reszty festiwalu nie zrobią, Bjork tworzy muzykę trudną, którą nie każdy lubi, stawianie jej zatem na pierwszym miejscu wśród headlinerów na festiwalu, który jest imprezą masową, jest ryzykowne. Wybaczam jednak te niedociągnięcia, które zdarzają się każdemu festiwalowi i czekam na ogłoszenie daty przyszłorocznej edycji, a później na pierwsze nazwiska. Z pewnością na Uwolnij Muzykę! będziecie mogli o nich przeczytać, bo z ręką na sercu cały czas gorąco polecamy Colours of Ostrava.

Sandra Kmieciak




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.