24.11.2015 13:00

Autor: Kuba

Closure in Moscow we Wrocławiu – relacja

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | |


Closure in Moscow we Wrocławiu – relacja
21.11.2015/Wrocław

Muzyczna radość w czterech aktach.

Prolog

Na zewnątrz było cholernie zimno, ale klub Liverpool znowu witał z otwartymi ramionami. Chyba po prostu musiałem pogodzić się z myślą, że ładne miejsca oferują muzykę bezpieczną i mało ryzykowną, dlatego trzeba się udać do miejsc takich, jak to, żeby doznać czegoś nowego. A było czego doznawać.

Akt I: Do jajcarskiej muzyki trzeba mieć jaja

Po drobnych obsuwach i roszadach w line-upie na pierwszy ogień poszedł nasz rodzimy zespół MORON. Intro w postaci skrzyżowania nieśmiertelnego hitu “Dziś w klubie będzie bang” i “Kolorowego Wiatru” z Pocahontas zwiastowało coś bardzo niepokojącego, a stroje muzyków w postaci tygryskowych piżam (wokalista był przebrany za Pikachu, ale to nie najważniejsza część tej historii) wrażenie tylko wzmacniały. Zresztą ciężko nie zastanawiać się nad przekazem kapeli, która nazywa się MORON, a w swoim repertuarze ma m.in. cover Eweliny Lisowskiej. Wątpliwości rozwiały się wraz z wejściem muzyki – mocnym, post-hardcore’owym i ciężkim graniem. Choć materiał nie należał do najświeższych, to i tak bawiłem się przednio. Nadchodząca EPka od chłopaków z Kobyłki zwana “Rzeka” zapowiada się interesująco, więc w najbliższym czasie nie omieszkam tego sprawdzić. Był bang.

Akt II: Kunsztownie i trafnie

Dla muzyków Atlas : Empire to była pierwsza wizyta w Polsce i bardzo miło, że tak się postarali. Długie dyskusje z obsługą przed samym koncertem zapowiadały, że będą chcieli wywalczyć perfekcyjnie wyważone proporcje. Może nie wyszło idealnie, ale było całkiem blisko. Kwartet zgrabnie przeskakuje między post-rockowymi, delikatnymi fragmentami, a mocną siekanką połączoną postacią trzech wokalistów, których harmonie były chyba najciekawszym elementem konstrukcji. Weszli z kopyta, skończyli trochę gorzej, ale była to raczej wina źle dobranego materiału, który pod koniec był wręcz chaotyczny i ciężko było cokolwiek z niego wynieść. Ale muzycznie w punkt. Drugi plus za wokalistę wyglądającego (i śpiewającego!) jak kopia Casey’ego Crescenzo z The Dear Hunter.

Akt III: Chaos kontrolowany

Icarus The Owl było jednym z tych zespołów, który mnie zaskoczył. Po wcześniejszym odsłuchu materiału zastanawiałem się, czy skomplikowana muzyka wyjdzie na żywo nie tracąc nic ze swojego potencjału, który wynika właśnie z tych bogatych przebiegów i dziwnych aranży. Amerykański kwartet jednak spisał się na medal. Od początku byli wyluzowani, żartowali z ludźmi (z ludzi trochę też), ale przede wszystkim zagrali solidny występ pełen biegania po progach, harmonicznych krzyków i nieregularnego metrum. Lubię, kiedy sweep picking i tapping ma swoje uzasadnienie inne niż gitarowa masturbacja, a tutaj tak właśnie było. Kudos.

Akt IV: Gwiazdy świecą najmocniej

Pomimo tego, że poprzednie kapele dotrzymały kroku, od początku wiadome było, dla kogo się pojawiłem w tym złym miejscu, jakim jest Liverpool. Album “Pink Lemonade” był jedną z najlepszych rzeczy, jakie usłyszałem w ubiegłym roku, więc szansa sprawdzenia materiału na żywo (jak się okazało, jedna z ostatnich w najbliższym czasie – zespół odwołał resztę trasy z powodu załamania nerwowego frontmana – Christofera de Cinque) musiała zostać wykorzystana. Pomimo faktu, że kilka dni wcześniej okradziono ich vana w trakcie wyprzedanego koncertu, a niedługo później grali w Paryżu w dzień zamachu, na wrocławskiej scenie pojawili się w całkiem dobrych nastrojach. Mając dwa albumy, wykorzystali je wybornie mieszając post-hardcore’owy sznyt  z debiutanckiego “First Temple” i szalonych, prog-funkowych tracków ze swojego sofomora. Genialne wykonanie “The Church of the Technochrist” z wplecionym “I Wanna Be Startin’ Something” Michaela Jacksona czy “Reindeer Age” z zakończeniem wybranym przez widzów (wersja slow and sexy!) – to tylko niektóre z rzeczy, które mnie zachwyciły. Genialne “Neoprene Byzantine”, “Vanguard”, “Kissing Cousins” czy “Happy Days” – Australijczycy są świetnie zgrani, cholernie sprawni technicznie, a utwory dobrze znane na płytach uderzyły z nową siłą. Mam nadzieję, że wrócą na trasę szybko, bo nie mogę się doczekać, co wymyślą tym razem.

Epilog

Kiedy widzę pasję ukrytą za muzyką, kiedy obserwuję tę garstkę, która cieszy się z każdego dźwięku, jestem niesamowicie szczęśliwy, że jeszcze znajdują się zapaleńcy, którzy szukają muzyki poza głównym nurtem i nie boją się zaryzykować. Poza tym, umówmy się, bilet kosztował DWADZIEŚCIA ZŁOTYCH. Tyle, ile wydaje się na fajki i browar albo na okropne filmidło w kinie. Takich rzeczy ciężko jest przeliczyć na pieniądze, bo był to pamiętliwy, mocny koncert. Szkoda, że świetne inicjatywy jak Wild Bread Booking mają żywot dość krótki, bo rynek jest okrutny dla małych organizatorów, ale cieszę się, że ich ostatni podryg był tak mocny. Jak odejść, to z hukiem.

Kuba Serafin




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.