Chillout w stoczni 1/3

O drugiej edycji gdańskiego Soundrive Fest.

Katarzyna Borowiec: Soundrive Fest to wydarzenie dosyć świeże, ale organizatorzy mają na nie bardzo ciekawy pomysł – nie było spektakularnych headlinerów, była za to niesamowita przestrzeń Stoczni Gdańskiej i szereg zespołów z kilku różnych krajów, w znakomitej większości wyposażonych w gitary. Z zalet należy na pewno wymienić naszą ulubioną strefę czilałtu (tak jest, spolszczoną), czyli wspaniałe pufki leżące po obydwu stronach głównej sceny. Można ją było stamtąd obserwować bez przeszkód dzięki telebimom, choć mogłoby obyć się bez dodawania do wyświetlanych na nich ujęć średnio pasujących efektów. Oprócz głównej była jeszcze mała scena zwana Soundrive, przytulna, w sam raz dla nielicznego grona widzów. Gdański festiwal nie pobił rekordów frekwencyjnych, ale liczba publiczności była zdaje się satysfakcjonująca. Z koncertami bywało za to różnie…

Ewelina Malinowska: Nie powiedziałabym, że efekty nakładane na obraz wyświetlany na telebimach były “średnio pasujące”. Przy kilku koncertach wolałam oglądać właśnie to, co dzieje się na telebimach, bo dodawało to niesamowitego klimatu. Chociaż czasami zdarzało się, że wszystkiego było za dużo, ale być może to przez ogromną ilość świateł na scenie.

KB: O, to z pewnością kolejna rzecz, o której warto wspomnieć – jakkolwiek uciążliwe dla oczu bywały momentami światła na głównej scenie, tak stanowiły przepiękną oprawę wizualną, świetnie dopasowaną do każdego koncertu.

EM: Zgadzam się z tobą w zupełności. Nazwałabym ten festiwal “SoundLight”, trochę dwuznacznie, ale to chyba strzał w 10. Ale zacznijmy relacjonować koncerty. Pierwszy dzień, pierwszy zespół: Karate Free Stylers. Nie powalili mnie na kolana. Momentami było zbyt spokojnie jak na noise rock, a wokalista nie bardzo dawał radę. Perkusista grał zbyt jednostajnie, bez energii. Wprawdzie zdarzały się im lepsze momenty przy mocniejszych kawałkach, jednak to nie moja bajka – pierwszy koncert był zaledwie poprawny.

KB: Instrumentalnie przypominali mi nieco jakieś wariacje na temat twórczości Pavement, ale ogólnie ciężko było się przebić do muzyki przez te okropne wokale – nie dosyć głównego, do konkursu na najgorszy głos włączał się namiętnie basista. Konkurencji nie wygrali, ale byli bardzo blisko.

EM: Na wygranie tej konkurencji potrzeba było o wiele więcej, ale o tym dużo później… Na głównej scenie pierwszym zespołem był Girls Names, który grał bardziej melodyjnie, niż zespół na scenie obok. Niewiele pamiętam z tego koncertu, co świadczyć może o tym, że nie zrobili na mnie większego wrażenia. Co nie znaczy, że zagrali źle – to był niezły koncert.

KB: Początek był obiecujący, ale z czasem robiło się coraz gorzej. Ciekawa barwa wokalisty stawała się coraz bardziej nużąca i monotonna, a już najgorzej, gdy próbował brać wysokie tony – zupełnie mu to nie wychodziło. Mógłby wzorem dysponującego podobnie grobowym głosem Farisa Badwana posłużyć się echem lub innymi efektami, albo po prostu dostosować kompozycje do swoich możliwości technicznych. Muzycznie zespół nie powala, ale prezentuje dosyć przyjemną odmianę rocka z domieszką zimnej fali.

EM: Kolejnym zespołem był Dignan Porch. Jedyne co przychodzi mi tu do głowy to ładne melodie, trochę psychodelii, lekko surf-rockowe brzmienie i… to by było na tyle.

KB: Podobno był to jeden z lepszych koncertów, ale na głównej scenie pojawili się wtedy 2:54. W tym momencie warto wspomnieć o programie festiwalu. Pomysł nań jest mianowicie dosyć dziwny – chociaż koncertów jest na tyle mało, że można było ustawić je w czasie tak, aby widzowie byli w stanie zobaczyć jeśli nie wszystko, to przynajmniej większą część każdego występu. Organizatorzy zdecydowali jednak, że prawie wszystko będzie się pokrywać, a między koncertami pojawią się przerwy, dosyć malowniczo zaplanowane: najpierw półgodzinna, potem dwudziestominutowa, dziesięciominutowa… i na końcu czas rozpoczęcia zaczął się zazębiać. Przy line-upie pełnym zespołów, o których nie wiadomo, jak wypadną na żywo i często okazuje się, że dosyć marnie, przerwy naprawdę nie są potrzebne.

EM: Muszę przyznać ci rację. To był chyba największy mankament tego festiwalu. Przerwy były przydługie. Ale być może taki był właśnie zamysł organizatorów – żebyśmy na każdy koncert mogli przyjść wypoczęci po piwie lub chillowaniu na pufach (swoją drogą genialna rzecz!). Jeśli przerwy musiały występować, to powinny wyglądać raczej odwrotnie – zaczynając od najkrótszych, kończąc na tych półgodzinnych. Wracając do zespołów: tego dnia chyba najbardziej czekałam na 2:54. Panie nagrały bardzo dobrą płytę w ubiegłym roku. Jak zagrały na żywo? Bardzo dobrze, mocniej niż na płycie, klimatycznie, po prostu tak, jak powinno to wyglądać. Nie zawiodłam się ani trochę. Całość dopełniały ładne światła, które stwarzały ciekawą atmosferę. Momentami można było nawet się pośmiać, a to za sprawą basisty w krótkich spodenkach, który wczuwał się bardzo przy każdym kawałku, myśląc chyba, że jest szalonym gitarzystą…

KB: Warto wspomnieć o scenicznej ekspresji Colette – nieco nieśmiałe ruchy potwierdzają niewielki staż sceniczny zespołu (działa od trzech lat). Fajne jest też to, że wreszcie mamy do czynienia z porządnymi gitarzystkami, a na basie gra mężczyzna (najczęściej jeśli w zespole pojawia się pani to jest właśnie basistką). Siostry Thurlow ze wsparciem zagrały bardzo dobry, energetyczny koncert.

EM: Bardzo zaskoczyli mnie natomiast The Experimental Tropic Blues Band, którzy studyjnie nie brzmią tak dobrze, jak na koncercie. Jeśli ktoś chce zabawić się przy żywej muzyce, to tylko przy nich. Poza tym – ich energia była niesamowita.

KB: Ci Belgowie są, w kontraście do wspomnianych pań, prawdziwymi scenicznymi wyjadaczami  na ich koncercie zabawa była najlepsza na całym festiwalu. Publiczność dała się porwać obezwładniającej energii rock’n'rolla i tropikalnego bluesa, co prawda mało eksperymentalnego, ale pełnego uroku. Dirty Coq namiętnie wrzeszczał do mikrofonu niczym Screaming Jay Hawkins, Boogie Snake żalił się, że ludzie biorą go za kobietę, grał na harmonijce i używał nie tylko dźwięków swego głosu, ale także oddechu. Pseudonim perkusisty to Devil D’Inferno, dla dopełnienia obrazu zespołu…

EM: Aby przekonać się, czy faktycznie The Soft Moon dają średnie koncerty, musiałam niestety uciec w połowie koncertu The Experimental Tropic Blues Band. I mimo całej mojej sympatii do The Soft Moon – niestety, było zbyt jednostajnie i nudno (oprócz ostatniego kawałka, gdzie bębny odegrały dużą rolę). Oglądanie koncertu z perspektywy dywanu w tym wypadku było dobrym pomysłem. Z dźwiękami generowanymi przez The Soft Moon świetnie współgrały natomiast światła.

KB: Z jedną piosenką, jaką grają The Soft Moon przez cały koncert (albo przynajmniej przez pół, bo długo nie wytrzymałam) miałam do czynienia już na Offie. Trzeba jednak przyznać, że panowie w końcu się rozkręcają… szkoda, że mają wtedy czas już tylko na jeden kawałek.

EM: Nieźle zagrali The Family Rain, chociaż nie wnieśli wiele do moich “koncertowych przeżyć”. Panowie grali dobrze, ale to już byłoooo…

KB: Był to uroczy kawałek indie rocka rodem z początku XXI wieku. Bliźniacy i młodszy brat stanowią zgrane trio, które wyśpiewuje chwytliwe pioseneczki, w tym śliczną “Don’t Waste Your Time on Me” (I will only let you down), której ku mej rozpaczy nie można przesłuchać nigdzie w sieci – byłam ciekawa, jak brzmi w wersji studyjnej, ale zdaje się, że ta jeszcze nie powstała…

EM: Co myślisz o nagłośnieniu w klubie? Mi osobiście bardzo się podobało. Nie dość, że dźwięk dochodził do mnie w każdym miejscu sali tak samo, to jeszcze nie było większych problemów z akustykami.

KB: Może czasami pojawiały się nieplanowane przestery, ale dodawały tylko nieco smaczku wygładzonym kompozycjom (mieliśmy do czynienia głównie z dość sztampowymi odmianami rocka, czasem okraszonego odrobiną elektroniki).

EM: Trudno się z tym nie zgodzić. Jednak na koncercie Turbowolf było zdecydowanie za głośno, bałam się o swój słuch…

KB: Turbowolf charakteryzuje się dość specyficznym, krzykliwym wokalem, przy braku zmysłowej chrypki jednej trzeciej Experimental Tropic Blues Band. Zgromadził za to pod sceną pierwszy większy tłum na festiwalu.

EM: Holograms natomiast mieli lepsze i gorsze momenty. Jednak wokalnie mogłabym ocenić to jako “buczando”.

KB: Mnie przypominali raczej fanów jakiegoś klubu piłkarskiego… albo po prostu pijanych turystów włóczących się nocą po ulicy Karmelickiej w Krakowie. Słowem, nie były to najlepsze wokale. Być może takie niechlujne “śpiewanie” jest chwytem zamierzonym, mnie niestety mocno zniesmaczyło i odwróciło całkowicie uwagę od produkowanych przez panów w tle dźwięków.

EM: Czas na Connan Mockasin. Będzie ciekawie – mówili… Będzie pięknie – mówili… Było cudownie! Nieco ekscentryczni panowie pokazali światową klasę. Wspaniała przestrzeń, światła, kontakt z publicznością, obycie ze sceną – świetna kombinacja. Ich koncert powinien zobaczyć każdy.

KB: Przegapiwszy występ Connana na zeszłorocznym Offie miałam nadzieję, że nadrobię owe słynne pokazy mody, ale nic z tego. Mockasin i spółka widocznie nie byli w nastroju na wielki show, choć nie omieszkali się nieco powygłupiać: wokaliście przeszkadzał ochładzający go wiatrak, więc sprzęt ów został odwrócony w stronę publiczności. Później strumień powietrza znów skierowano na scenę, a pod koniec gitarzysta, zajmujący się również małymi instrumentami perkusyjnymi i elektroniką wdzięczył się pod nim niczym w reklamie szamponu. Muzycznie Nowozelandczycy nie zawiedli – śliczne, długie kompozycje z improwizacjami złożyły się na najlepszy koncert całego Soundrive. Connan grał też zupełnie nowe utwory, w tym “Caramel” z zabójczo słodką linią melodyczną przywodzącą mi na myśl jakiś utwór Backstreet Boys. Urocza zabawa z kiczem.

EM: Po Connan Mockasin przyszedł czas na Rainbow Arabia. Miałam z nimi niemały problem. Muzyka na poziomie, jednak wokal pani Preston pozostawiał wiele do życzenia.

KB: Jeśliby nasz konkurs na najgorszy wokal podzielić na kategorie według płci, to Tiffany zdecydowanie wygrywa część żeńską. Jej wycie było czymś bardzo trudnym do zniesienia.

Ciąg dalszy nastąpi.

Katarzyna Borowiec
Ewelina Malinowska

fot. Krzysztof Sado Sadowski (materiały organizatora)

część 2 >>
część 3 >>




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.