21.01.2012 11:05

Autor: Tomek Milewski

Can – “Tago Mago”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Can – “Tago Mago”
Mute / 2011

Zakurzona perełka krautrockowej legendy.

“Can jest jednym z tych zespołów, o których więcej się słyszy niż się słucha” (jak trafnie spuentował to portal Pitchfork)*. W przeciwieństwie do stylistyki krautrocka, której byli prekursorami, nie udało się im zagościć w świadomości słuchaczy dostatecznie mocno, by stworzyć legendę. A zadatki na takową mieli spore. Odniesienia i inspiracje ich muzyką słychać u GY!BE, Davida Bowie czy The Flaming Lips i Joy Division. Hajp na wszystko co niemodne zwany potocznie hipsterstwem jest dla mnie pojęciem czysto pejoratywnym. “Im mniej znane tym lepsze” – hasło przyświecające tej idei od czasu do czasu potrafi zdmuchnąć kurz z czegoś naprawdę wartościowego. Tak właśnie stało się w przypadku płyty “Tago Mago” zespołu Can, która w swoje czterdziestolecie(!) doczekała się reedycji.

Muzyka Can jest tak awangardowa, że nazwanie jej eksperymentalno-psychodelicznym rockiem byłoby dla niej obrazą. Kompozycje tej niemieckiej (RFN) grupy na “Tago Mago” bardziej przypominają frywolny jam-rock, którego siłą napędową była jazzowa rytmika perkusyjna i improwizowane zagrania gitar z klawiszami. Wszystko brzmiało tak, jakby miała być to jedyna okazja na usłyszenie tego utwor właśnie w takiej formie. Zawiera się w tym pewnego rodzaju obraz wolności, dla której lata 70. były idealnym domem. Basista grupy Holger Czukay mówił o albumie: “Była to swoista próba, sięgnięcia po tajęmnicę muzyki, od światła do ciemności i z powrotem”.

Każdy kolejny utwór na płycie dosadnie daje nam do zrozumienia, że nie ma tutaj miejsca na jakiekolwiek półśrodki. Przez co dostajemy czasem nieomalże dwudziestominutowe komozycje, w których znaleźć można dosłownie wszystko. Od okazjonalnego uderzania w cokolwiek, po genialne jazzowe solówki czy też szczekanie psów(!) i krzyki. O przełamaniach i zabawie dźwiękami w obrębie tych opasłych kompozycji, wspominać nie trzeba. Nawet kwestie wokalu na “Tago Mago” nie mogą być oczywiste. Słowa, które wyśpiewuje Damo Suzuki (świeży nabytek grupy) są celowo tak zniekształcone i zafałszowane, że możemy w tym miejscu wspomnieć tylko o wokalizach. Niesamowite wrażenie robi przy tej płycie proces produkcji, prowadzony przez Czukaya. Ścieżki dzwiękowe zostały, dosłownie, potraktowane wszystkim co dostępne było w latach 70. Efekty czasami są mizerne, ale same ambicje godne podziwu.

“Tago Mago” to siedem piosenek o łącznej długości siedemdziesięciu trzech minut. Całość rozpoczyna całkiem klasyczne, kojarzące się z King Crimson, dzieło “Paperhouse” z całkiem wyraźną linią melodyczną (co nie jest w późniejszych utworach standardem).  Przez kolejny “Mushroom” przebrniemy całkiem gładko przy rytmicznej perkusji i sporadycznych wycieczkach gitar. Prawdziwa zabawa na płycie zaczyna się od osiemnastominutowego “Halleluwah”, który posiada już wszystkie cechy typowego utworu Can, ze znakiem markowym w postaci nagłych, agresywnych dźwięków, które przedzierają spokojną kompozycję na pół. Natomiast “Aumgn” i “Peking O” to jakby kopie poprzednich utworów tylko bez oglądania się na jakąkolwiek rytmikę. Atmosfera w tych kopmozycjach staje się chwilami naprawdę ciężka i nieprzyjemna. Zamykający album “Bring Me Coffee or Tea” to powrót do melodii i rytmiki, która w tym utworze kojarzy mi się nieodzownie ze złotą jesienią. Druga płyta zawiera zapis trzech utworów wykonanych na żywo w 72. W skład, których wchodzą: “Spoon”, “Mushroom” i “Halleluwah”.

Can to zespół, który przecierał ślady nie tylko muzycznej awangardzie. Ich wkład w muzykę jest nie do przecenienia. Tak samo jak album “Tago Mago” dla twórczości zespołu. Eksperyment, którego pozytywne wyniki zaskoczyły samych muzyków. Wypada przynajmniej przesłuchać.

*W tym miejscu chciałem umieścić małe sprostowanie. Nie była moim zamysłem kradzież intelektualna tego ‘zdania’. Gdzieś w mojej głowie dźwięczały te słowa, których nie potrafiłem przypisać do osoby/strony/czegokolwiek. Jeżeli ktoś poczuł się urażony tym nadużyciem to przepraszam.
Chciałem również pozdrowić wszystkich haterów związanych z paroma portalami/stronami, którym w ten sposób dałem możliwość do wyładowania frustracji.  :)

Tomek Milewski


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (16 głosów, średnio: 6,94 / 10)


Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.