06.12.2014 12:00

Autor: Michał Stępniak

Bryan Ferry – “Avonmore”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Bryan Ferry – “Avonmore”
BMG/2014

Tu nic się nie zmienia.

Kiedy Mick Jagger odbijał w latach siedemdziesiątych Bryanowi Ferry kobietę, Jerry Hall (jedna z wersji mówi, że liderowi Rolling Stones oprócz zauroczenia chodziło o niedopuszczenie do tego, by dziewczyna nazywała się Jerry Ferry), ten zaczął powoli zatracać się w smutku i emocjonalnie umierać. Rezultatem cierpienia była jedna z najwspanialszych płyt w historii muzyki – “Avalon” Roxy Music. Późniejsze dokonania solowe artysty polegały na mniej lub bardziej udanych zbliżeniach do wzorca. Krytycy czy odbiorcy wielokrotnie wysuwali tezę, iż tego typu strategia jest zbyt nudna i przewidywalna, a nawet zarzucali Ferry’emu tak dziwne rzeczy jak np. “brak eskapistycznej ironii”. Można więc wyobrazić sobie, że niektórzy najchętniej widzieliby go karykaturalnie kicającego po scenie, niczym wspomniany Jagger. Tylko po co? Ferry musi pozostać elegancki, czarujący i charyzmatyczny. Świat, w którym bylibyśmy nieustannie zaskakiwani byłby światem nie do zniesienia.

“Avonmore” to powrót z nowym materiałem po czterech latach przerwy. W międzyczasie Ferry bawił się w instrumentalny jazz i przygotowywał ścieżkę dźwiękową do ekranizacji “Wielkiego Gatsby’ego”. Jeśli ktoś w 2014 roku liczył na rewolucję brzmieniową w jego wykonaniu, to po raz kolejny musiał przeżyć zawód. Artysta, zgodnie z tradycją, zaprosił do współpracy znanych muzyków, a w gronie tym znaleźli się m.in. Nile Rodgers, Todd Terje, Mark Knopfler, Flea, Johnny Marr czy Marcus Miller. Oprócz dwóch pierwszych postaci, obecność pozostałych pozostaje dość anonimowa i wpasowuje się niezauważalnie w świat Ferry’ego. Mimo iż to już piętnasty solowy album artysty, to nagrania brzmią nieustannie świeżo, smakowicie i ujmująco. Na “Avonmore” otrzymujemy kolejną dawkę piosenek (“Midnight Train”, “Driving Me Wild”), które sprawdzają się idealnie jako podkład do eleganckiego tańca z partnerką lub papierosem przy boku. Tańca, który nie wywołuje potu na czole. “Loop De Li” nawiązuje do najlepszych momentów w karierze artysty, “Soldier of Fortune” uwodzi romantycznym wokalem, zaś “Lost” to zaproszenie do płaczu. Aby plan został w pełni zrealizowany  na “Avonmore”, nie mogło zabraknąć coverów. Tym razem Ferry wybrał sobie “Send in the Clowns” Stephena Sondheima oraz “Johnny and Mary” Roberta Palmera. Drugi z tych utworów, nasiąknięty delikatną elektroniką, został zrealizowany we współpracy z Toddem Terje. Ma z pewnością urok, ale dobrze, że tego typu eksperyment ma charakter jednorazowy. Taka metamorfoza na dłuższą metę raczej by się nie sprawdziła czy też wręcz nie miałaby większego sensu.

Nie mam wątpliwości, że Bryan Ferry wydawał już zdecydowanie lepsze płyty. Na “Avonmore” nie schodzi jednak poniżej wyznaczonego przez siebie poziomu. Nie opuszcza także dobrze znanych sobie miejsc. Są tacy, którym całkowicie to wystarcza.

Michał Stępniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (3 głosów, średnio: 7,00 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.