Błoto, wieś i tęcza – relacja z Hurricane Festival, cz. 2

Dzień drugi: It’s raining bands.

część 1

Koncerty na Hurricane Festival, oprócz pierwszego dnia, czyli piątku, rozpoczynają się bardzo wcześnie – już o 12:00. Niestety nie ma uroczych książeczek z opisami wykonawców, więc jeśli nie sprawdziło się wszystkiego przed przyjazdem, to w zasadzie nie wiadomo, czy wybierając się na taki występ trafimy na jakieś niemieckie kuriozum, czy ciekawy acz jeszcze mało znany zespół. Ja w piątek zaliczyłam tylko dwa spośród tego typu koncertów, kiedy nazwy zespołów nic mi nie mówiły. Pierwszy był Fidlar, grupa grająca, jak się okazało, garażowy lo-fi punk. Amerykanie działają od niedawna, a ich muzyka nie wyróżnia się niczym szczególnym – ot, skoczne gitarzenie i krzykliwe wokale. W głowie utkwił mi jednakowoż refren And don’t you know I’m really good at making this feel awkward. Kawałek o urokliwym tytule “AWWWKWAARRRDDD” rzeczywiście im się udał, choć w wersji koncertowej był ostrzejszy i prawie całkiem zlał się z otaczającymi go kompozycjami.

Nie najgorszy był także niemiecki Malleus. W Internecie są opisani pośród innych Malleusów jako “zespół folkowy”, ale na żywo brzmieli bardziej pod indie rock. Kompozycje miłe dla ucha, acz pozbawione znaków szczególnych, za wyjątkiem głosu wokalisty, lekko zachrypniętego, o naprawdę przyjemnej barwie. Śpiewają po angielsku, bez ojczystego akcentu.

Dość wcześnie, bo o 14:00, grał szkocki zespół Frightened Rabbit, specjaliści od smutnych piosenek o miłości. Panowie byli wyjątkowo radośni, oprócz gitar rozdysponowali pośród siebie dodatkowe elementy perkusyjne – z lewej strony bęben, z prawej jeszcze jeden talerz. Materiał z nowej płyty zręcznie przeplatali starszymi piosenkami, a najlepiej wyszedł im “Backwards Walk”.

W tym samym czasie w namiocie szaleli Hudson Taylor, zespół młody i niesamowicie energetyczny. Zagrali swoją wersję “Mrs. Robinson”, a całość zwieńczyli przebojem “Battles” – po tych dwóch kawałkach zdecydowanie mam ochotę na więcej, więc gdybyście gdzieś kiedyś mieli okazję ich posłuchać, polecam.

O poranku (14:45) grał także Miles Kane, rozgrzewając festiwalowiczów mocno rockowymi piosenkami. Zanudzić publiczność na śmierć próbowali The Maccabees, grający w kółko tę samą piosenkę. Później na niebieskiej scenie pojawiło się nie lada kuriozum - The Kyteman Orchestra. Projekt działa już od wielu lat i zajmuje się łączeniem brzmień przynależnych do muzyki klasycznej z hip-hopem. Były operowe głosy, cały zestaw instrumentów dętych, wibrafon, rozmaite bębny, zestaw smyczkowy. Jednak instrumentale brzmiały przyciężkawo – jak nieudane kompozycje do filmów – a kiedy pojawiali się raperzy, było jeszcze gorzej. Rozmaitości co nie miara, jeden nawijał nawet po francusku, ale poszczególne elementy średnio do siebie pasowały, a całość brzmiała dość niezgrabnie. Gwoździem do trumny był pan wokalista operujący gładkim, soulowym głosem, który doprawiał ten cały galimatias dużą porcją kiczu.

Strasznie smęcił City and Colour, singer-songwriter brnący coraz głębiej w pop. Jego koncert był bardzo jednostajny. Nie poszaleli także British Sea Power, mimo malowniczej wielkiej głowy niedźwiedzia i rogów łosia na scenie. W pewnym momencie pojawił się nawet miś polarny zachęcający publiczność do rytmicznego bicia w dłonie i oczywiście był ciekawszy niż muzyka, jaką panowie grali. Szybko jednak poszedł, więc wyszłam i ja. Nie zachęcona ani progresywnym rockiem wyglądającego najmłodziej pośród swoich muzyków o imidżu starych metalowców Stevena Wilsona, ani lekko reggae’owymi rytmami Darwina Deeza, który w przerwach pomiędzy piosenkami tańczył synchroniczne ze swym zespołem, zostałam skazana na Bloc Party.

Kele i spółka lata świetności mają już zdecydowanie za sobą, ale wciąż słucha się ich całkiem nieźle. W Niemczech zagrali kawałki ze wszystkich albumów i nowiutki “Ratchet“, który jest właściwie powtórką z rozrywki. Najlepiej wypadały utwory z początku ich kariery – To bardzo stara piosenka. Pamiętacie ją jeszcze? - pytał Okereke przed “This Modern Love”. Trudno zapomnieć tak urokliwych piosenek. Były też “Banquet” i “Helicopter” na koniec, poprzedzony “Flux” z intrem z Rihanny. Czy warto iść na koncert Bloc Party? Można.

Bardzo ładnie na żywo wypadają I Am Kloot. Jesteśmy z Manchesteru, najmokrzejszego miejsca na ziemi, to tutaj to nie jest deszcz - powiedział John Bramwell swoim urzekająco chrypliwym głosem. Repertuar był melancholijny, piosenki mimo braku spektakularności – magnetyzujące. Spokojne, łagodne granie na bazie gitary akustycznej, w którym można się rozpłynąć.

Szaleństwo było za to na scenie zielonej, gdzie rozpanoszyli się Islandczycy z Of Monsters and Men. Nieprzypadkowo przypominają Arcade Fire, ale ich twórczość jest mimo wszystko o wiele mniej ciekawa. Poprawnie, ale bez polotu wypadli także Editors, nawet “Munich” brzmiał jakoś bez życia.

Nie zawiedli za to FM Belfast, którzy na albumach brzmią mało przekonująco. Koncerty tej islandzkiej formacji to za to coś, czego zdecydowanie nie można przegapić. Kulminacyjnym momentem pełnego radości, energii i humoru koncertu była piosenka “Underwear” – w białym namiocie rozpętało się totalne szaleństwo. Kawałek został rozciągnięty, bo chyba nikt nie chciał, żeby kiedykolwiek się skończył. Jeśli na tym samym festiwalu pojawiają się inni Islandczycy, to można być pewnym, że wstąpią na koncert FM Belfast i tak również było tym razem – na scenie pojawił się pan z Of Monsters and Men. Na bis dostaliśmy, również wydłużone, “I Don’t Want to Go to Sleep Either”, którego refren dzwonił w głowach jeszcze długo po wyjściu z namiotu.

(Ciekawostka przyrodnicza #3 - czy pogo może być humanitarne? Tak! Nie doświadczyłam tego nigdy w naszym pięknym kraju, ale Niemcy bawili się kulturalnie. Instrukcja: gdy odczuwasz potrzebę skakania jak maniak i wyczuwasz podobne chęci w narodzie dookoła siebie, sugestywnym gestem odsuwasz ludzi na bok tak, żeby utworzyło się kółko pustej przestrzeni. Następnie wskakujemy w owoż kółko i tam możemy szaleć do woli ze wszystkimi, którzy tego pragną, niezainteresowanym dając szansę wyewakuowania się z wyznaczonego do ekstatycznych podskoków terenu. Wspaniałe rozwiązanie).

Podobno świetnie zagrał Kasabian (Ben Howard mi tak powiedział), o czym poświadczyła końcówka – pełne dzikiej energii “Fire” – ale kiedy Tom Meighan zakomenderował teraz chcę zobaczyć największy i najdzikszy mosh pit! miałam ochotę uświadomić mu, że właśnie coś takiego przegapił. Trzeba było iść do namiotu, stary… Występ zwieńczył refren “She Loves You” z repertuaru The Beatles.

Jeden z najpiękniejszych koncertów na całym festiwalu zagrał Mike Rosenberg, szerzej znany jako Passenger. Na scenie tylko on i gitara akustyczna, pod sceną – uwielbienie i zachwyt. Piosenki tego pana są po prostu prześliczne. Elegancko skomponowane, z chwytliwymi, ale niebanalnymi melodiami, błyskotliwymi, pełnymi łagodnie ironicznego humoru tekstami. Publiczność śpiewała, a Mike był oczarowany: Napisałem tę piosenkę strasznie dawno, jak wspaniale, że znacie tekst! Zawsze się bałem, że nikt nie zwraca uwagi na teksty. Cóż, może nie jest to dylanowska poezja, ale zgrabne wersy przyciągają swą bezpretensjonalną prostotą. Życzę nam, aby ten pan zawitał kiedyś do Polski.

Przyszliście tu się bawić? Bo my owszem. Przyszliśmy imprezować z tysiącami mokrych Niemców. Zdaje się, że dobrze trafiliśmy - powiedział Alex Turner. Zespół Arctic Monkeys, który już niebawem pojawi się na Open’erze, spisał się świetnie. Panowie zagrali miks najlepszych piosenek ze wszystkich albumów, nie brakowało takich tanecznych hitów jak “Dancing Shoes” czy “I Bet That You Look Good on the Dancefloor”. Pojawiło się również świeżutkie “Do I Wanna Know?” i wydane z okazji Record Store Day “R U Mine?”. Perkusista zaśpiewał “Brick by Brick”, w ostatnim utworze – “505″ – pojawił się gościnnie (co było oczywiste…) występujący wcześniej Miles Kane (zagrał na gitarze). Były i łagodne piosenki – “She’s Thunderstorms”, “Cornerstone” i wywołujące dzikie pogo, jak “When the Sun Goes Down”. Alex, w garniturze i z utrwalonym żelem loczkiem nad czołem, próbował mówić po niemiecku, co, na ile udało mi się zorientować, wywołało wśród publiczności głównie śmiech – nie szło biedakowi zbyt dobrze. Znacznie lepiej radził sobie za to muzycznie – godny polecenia występ.

Na koniec wybrałam, zamiast grupy Parov Stelar czy niemieckiej gwiazdy Deichkind, Bena Howarda. Pierwszy kawałek zagrał sam, trzymając na kolanach ułożoną płasko gitarę, potrącając struny i uderzając w pudło. Później dołączyli do niego: gitarzysta, basistka i perkusista. Świetnie wypadły “Only Love” i “Keep Your Head Up”, w przerwach między piosenkami zespół rozśmieszał publiczność bujaniem się do bitów Deichkinda, Ben powiedział również, że śmiertelnie się obraża* na znajomy zespół, bo wyjechali o 23:00 i zostawili go samego z butelką wina… Poradził sobie z nią jednak równie świetnie, jak z występem.

* ekhm, Fuck Maccabies…

Ciąg dalszy nastąpi!

Katarzyna Borowiec

zdjęcia: materiały organizatora




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.