27.06.2013 16:00

Autor: Katarzyna Borowiec

Błoto, wieś i tęcza – relacja z Hurricane Festival, część 1

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | |


Błoto, wieś i tęcza – relacja z Hurricane Festival, cz. 1

Dzień pierwszy: Purple Rain.

Rzecz odbywa się w malowniczej i daleko położonej miejscowości Scheeßel. Dojechać tam to trochę akrobatyka, ale da się. Jest to wieś, a więc królestwo rolnictwa, a festiwal odbywa się wśród pól i lasów, co jest całkiem urocze. Jedynym chyba minusem jest fakt, że kiedy pada deszcz, od wilgotnej gleby zaczyna zalatywać lekkim aromatem obornika… Tego roku deszczu było sporo, choć szczęśliwie zamiast ulewy miał charakter irytującej mżawki, po której łatwo było wyschnąć, ale która szybko zmieniła teren festiwalu w cuchnące bagienko. Od drugiego dnia organizatorzy ogarnęli sprawę i podmokłe tereny wyściełali drewnianymi wiórami z pobliskich lasów. Cóż z tego, kiedy moje trampki można było już skrobać… Pamiętajcie, nie słuchajcie prognoz, kaloszki i płaszcz przeciwdeszczowy trzeba wziąć tak czy siak!

Na Hurricane przyjeżdża około 75 tysięcy ludzi, ale śmiem twierdzić, że – nie wiem tylko, jak duża – część z nich nie dociera na koncerty. Powód? Pola namiotowe są jakieś pięć razy większe niż sam teren festiwalu, ciągną się milami, jest i część dla przyczep kempingowych. A co Niemcy zabierają ze sobą na ten camping! Nie jest to kwestia “muszę przecież gdzieś przez chwilę spać wtedy, kiedy akurat nie ma koncertów” ale wypasiony weekend pod chmurką. Grille, altanki, szafy, kuchenki, cuda, niewidy… Atmosfera jest trochę juwenaliowa – ten moment, gdy w cichym momencie na The Gaslight Anthem słyszysz Go, go Power Rangers!!!, odwracasz się, a tam wojownicy wszystkich kolorów… Klimatem chyba bardziej odpowiada mi mimo wszystko snobistyczno-hipsterska Primavera. Ale na korzyść niemieckiej publiczności trzeba zaznaczyć ich sposób odbierania koncertów: na tym festiwalu można po prostu świetnie się bawić. O dziwo przestało mnie nawet irytować (osobiście nie znoszę tego zwyczaju, chyba, że artyści prowokują własnoręcznie) nieustanne klaskanie do rytmu. Prawie wszystkie zespoły szczerze zachwycały się publicznością, która nie tylko była o wiele mniej gadatliwa niż Hiszpanie i entuzjastyczna jak Polacy w najlepszych momentach, ale potrafiła bawić się niezwykle kulturalnie, co wcale nie oznacza braku mosh pitów.

Wearing purple

Gogol Bordello, pierwszy zespół, jaki udało mi się zobaczyć na Hurricane Festival, zagrali wprawdzie także “Other Side of the Rainbow”, ale na ten równie adekwatny utwór nie zdążyłam. Usłyszałam za to, zaraz po “Break the Spell” – “Start Wearing Purple”. Kawałek na rozpoczęcie tego festu o tyle dobry, że w tym właśnie kolorze były opaski (choć moja, nieco bardziej badziewna, była akurat różowa, ale kogo obchodzą opaski dziennikarzy). Nowojorscy Cyganie występowali na głównej scenie – zielonej.

(Ciekawostka przyrodnicza #1 – na niemieckim festiwalu reklamodawcy nie przejęli jeszcze wszystkiego, więc sceny nazywają się kolorystycznie: największa jest zielona, nieco mniejsza niebieska, najmniejsza czerwona, a biała jest namiotem. Repertuar, opisywany przez Wikipedię jako “coraz bardziej mainstreamowy” na tym wydarzeniu, jak i bliźniaczym Southside odbywającym się w tym samym czasie po przeciwległej stronie kraju, oscyluje wokół muzyki gitarowej – punka i indie rocka – z domieszką hip-hopu i średnio dobranej elektroniki).

Pierwszy pełny koncert, jaki zaliczyłam, dały na niebieskiej scenie siostry Quin, czyli Tegan and Sara. Razem z zespołem (same grają na gitarach, do tego dochodzi perkusja i sporo syntezatorów) zagrały również materiał ze starszych płyt – tytułowy z “I Can’t Take It” (2004), “Back in Your Head” z “The Con” (2007) czy “Alligator” z “Sainthood” (2009). Dominowały jednak piosenki z zeszłorocznego albumu “Heartthrob”, który jest bardziej electro niż poprzednie dokonania zespołu. Na żywo brzmiały nieco mniej lukrowo, był to piękny kawałek popu, od “Closer” przez “I Was a Fool” aż po wspaniałe “Now I’m All Messed Up” z rozdzierającym refrenem go, go, go if you want, I can’t stop you.

Mów do mnie po niemiecku i komentuj pogodę

Stałym motywem festiwalu byli wykonawcy próbujący swoich sił w lokalnym języku. Z różnym skutkiem. Pierwszym, którego usiłowania usłyszałam, był Howlin’ Pelle Almqvist, lider The Hives. Meine Schatze! namiętnie wykrzykiwał do publiczności, beztrosko ignorując umlaut w liczbie mnogiej “skarbów”. Wokalista szwedzkiego kwintetu jest w ogóle przeuroczym wodzirejem, najpierw nakazał wszystkim gorąco podziękować The Hives za powstrzymanie deszczu, później za przywołanie słońca. Thank you, The Hives! wrzeszczeliśmy posłusznie. Później Almqvist przekonał widzów, że The Hives to ich ulubiony zespół, przy czym nie bez znaczenia okazało się zagranie pod tę perswazję hitów takich jak “Two Timing Touch and Broken Bones”, “Walk Idiot Walk” i w końcu “Hate to Tell I Told You So”.

Od “Squalor Victoria” zaczął się koncert The National, którzy nie byli tak jednolicie ubrani jak Szwedzi, a ich lider, Matt Berninger, był nieco bardziej melancholijny. I nosił okulary. Występowi towarzyszyły monochromatyczne wizualizacje, a utwory z tegorocznego krążka, “Trouble Will Find Me” przeplatały się zgrabnie ze starszymi, w tym wykrzyczaneymi do utraty tchu “Abel” i “Mr. November” z płyty “Alligator” (2005). Osobiście zamiast “Don’t Swallow the Cap” czy “Graceless” wolałabym łamiące serca “Pink Rabbits”, ale tym razem się nie poszczęściło. Ciekawie podkolorowane brzmieniem instrumentów dętych zostało “Mistaken for Strangers”, bez gitarowego intra silnie kojarzącego się z Sonic Youth. W “Demons” wokal przejął Aaron Dessner, czasami zastępujący Matta w obowiązkach wodzirejskich (czyli mruczeniu thank you). Berninger postanowił czule podziękować ochroniarzowi numer 2001, który jako pierwszy przedstawiciel tej branży zatańczył do muzyki The National.

(Ciekawostka przyrodnicza #2 – ochroniarze na Hurricane Festival są przemili, a teren podsceniczny podzielony na trzy sektory – w połowie znajduje się barierka, co ma miejsce także na przykład na Primavera Sound, dodatkowo pod samą sceną jest wydzielona sekcja obstawiona przez ochronę, do której czasami nie wpuszcza się chętnych z powodu przeludnienia; ciekawy pomysł na zapobieżenie tragediom rodem z Roskilde 2000).

O, widzę, że nasze efekty świetlne wreszcie zaczęły działać stwierdził Matt na widok rysującej się na niebie tęczy. “Conversation 16″ zadedykował Tegan i Sarze. Na koniec pospacerowaliśmy z pająkami. Uczestnikom Open’era polecam.

Bratanie się z publicznością

Pod koniec występu Berninger zszedł ze sceny, żeby jedną piosenkę zaśpiewać wśród rzucających się na niego fanów. Aż na tyle nie poważyła się Beth Gibbons, ale przeszła przed pierwszym rzędem ściskając dłonie fanów Portishead. Nie należy wierzyć malkontentom narzekającym na brak odpowiedniego klimatu koncertów tej grupy. Choć dominował materiał z “Third”, płyty rzeczywiście bardziej elektronicznej, doskonale wpasowywały się weń takie hity jak “Glory Box”, “Mysterons”, “Over” czy rzewne “Roads”. Wyśmienite były aranżacje na żywe instrumenty – nawet skreczowanie było produkowane na bieżąco, na scenie pojawiły się dwie perkusje, tylko w przypadku tak surowych kompozycji jak “Machine Gun” zastępowane przez elektroniczne. Całość okraszona idealnie dopasowanymi wizualizacjami robiła niesamowite wrażenie.

Demoniczny cyrk

W pewnym momencie koncertu Portishead na niebie rozbłysły fajerwerki. Pozostanie dla mnie pełną humoru tajemnicą, dlaczego największą gwiazdą Hurricane’a była grupa Rammstein, którą przecież niemiecka publiczność ma na co dzień, ale panowie rzeczywiście zgromadzili pod zieloną sceną dzikie tłumy. Sam występ był przezabawny. Moim idolem został Christian Lorenz, czyli pan klawiszowiec, ubrany cały w cekiny, czy tam z jakiego surowca był jego błyszczący kombinezon, i maszerujący do rytmu po mechanicznym deptaku. Kiedy przyszłam, panowie byli już porządnie w połowie setu, grając “Ohne Dich”. Co chwila z różnych miejsc sceny buchał ogień, wytryskiwały iskry, wybuchały fajerwerki. Szczytowy entuzjazm publiczności wywołał przebój “Du hast”, wspólne śpiewanie popisowo wypadło też w trakcie wieńczącego koncert “Ich will”. Till Lindermann w skórzanym wdzianku i uwalany krwią w pewnym momencie symulował stosunek z człowiekiem-gadżetem BDSM, na platformie wysoko ponad publicznością, później tryskając na nią tajemniczą substancją w imponujących fontannach wylewanych ze sztucznego penisa. Były jeszcze bisy, ale ileż można tego kampu.

Zupełnie inne klimaty, mroczne w eleganckim stylu, zaprezentowali Sigur Rós. Na scenie stały kije zwieńczone żarówkami, wizuale były pełne wdzięku i delikatności. Już na samym początku pojawiło się “Ny Batteri”, cały koncert, pomimo kompozycji z “Takk” – “Glosoli” czy “Hoppipolli” albo migotliwego uroku “Saeglopur”, był utrzymany w mrocznej tonacji. Nowy materiał ostatnio wyjątkowo płodnego kwartetu nawiązuje do starych klimatów – jest również tajemniczy, pełen dramatyzmu i melancholii. Zakończyli tradycyjnie “Popplagid”, a potem wyszli już tylko się ukłonić.

Ciąg dalszy nastąpi!

Katarzyna Borowiec

zdjęcia: materiały organizatora




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.