28.08.2012 09:09

Autor: Kuba

Bloc Party – “Four”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Bloc Party – “Four”
Frenchkiss Records/2012

Dobra przerwa nie jest zła.

Po wydaniu udanego w moim przekonaniu “Intimacy” muzycy Bloc Party poszli w odstawkę. Kele postanowił pokręcić tyłkiem solowo na “The Boxer” (ach, “Tenderoni”), zaś sam zespół rzadko o sobie przypominał (reminescencje “One More Chance” na brytyjskim MTV). Zostało wspominanie świetnego “Silent Alarm” w zaciszu domowym, bo jakoś nie spodziewałem się zbyt szybkiego powrotu na scenę.

A jednak udało się, oczywiście z wielkim hukiem. W internecie zawrzało od newsów pokroju “Kele spotkał kolegów z zespołu wychodzących ze studia bez niego” albo “Bloc Party zamierza kontynuować bez Okereke, bo jest zbyt zajęty swoją karierą”. Patrząc na to z dystansu wyglądało to jak wielka telenowela mająca pobudzić zainteresowanie opinii publicznej niegdyś znanym i lubianym zespołem, teraz można to jeszcze poprzeć faktem, że Bloc Party do studia weszło, jak się okazuje, pod koniec 2010 roku, czyli jeszcze przed całym skandalem. Skutek jednak jest taki, że kolejny album pojawił się na horyzoncie.

Wokół “Four” zespół zaczął budować cały koncept. Nie jakiś wyborny – czwarta płyta grupy czy fakt, że Bloc Party to kwartet. Tajemnicze kręgi na okładce albumu, które także pojawiają się na teledysku promującym w utworze “Octopus”, aplikacja do odsłuchu płyty poleca stworzenie własnej czwórki poprzez połączenie ze swoimi znajomymi na Facebooku. Także wiele mówiący jest sam utwór “Day Four”, w którym możliwe, że pojawia się wątek biblijny. W końcu dzień czwarty mówił o powstaniu dnia i nocy, światła i ciemności, które są dość ważnymi elementami w tym utworze.

Ale wracając do samej płyty, po mocno zelektronizowanym “Intimacy” Bloc Party zaliczyło złapanie z powrotem wioseł do ręki i włączenie przesterów na piecach. Przerwa musiała dobrze im zrobić, bo mamy do czynienia z powrotem do formy. Nie zabrakło typowego dla nich hooku prowadzenia delikatnych, urokliwych ballad, w których świetnie się odnajdują. “Truth” z fajnie zaprogramowanym delay’em czy wspomniany wcześniej “Day Four” z rozmyciami wokalu Kelego w typowym bicie 4/4 i gitarowymi arpeggio.

Z drugiej strony mamy do czynienia z jednymi z najcięższych kompozycji w historii zespołu. “Coliseum” czy zamykające krążek “We Are Not Good People” nie są może najbardziej ambitnymi w karierze, ba, można powiedzieć, że brzmią cholernie karykaturalnie z prawie metalowymi riffami biorąc pod uwagę poprzednie nagrania, ale zapewniają należytą dawkę energii i na pewno są kandydatami na koncertowe petardy.

Jest to album zróżnicowany, który prowadzi z jednej strony na drugą. Mocniejsze i delikatniejsze akcenty się przenikają przez co album nie staje się szybko monotonny. Choć nie zabrakło fragmentów zapychających (nijakie “V.A.L.I.S” czy “The Healing”) , to pojawiają się kompozycje, które odpłacają się z nawiązką za niepowodzenia niektórych utworów. Już od wejścia “So He Begins to Lie” mamy do czynienia z kontynuacją stylu z debiutanckiego krążka: dużo przestrzeni, fajny groove i powrót Kelego jako dobrego tekściarza, który prostymi środkami umie rozmawiać na wiele tematów. “3×3″ od samego początku stanowi solidne kopnięcie podparte harmoniczną grą duetu Okereke-Lissack i niesamowicie nośnym refrenem (propsy za finałowe Yeeeeeees). Singlowe “Octopus” to ponownie cudowne wykorzystanie smykałki Lissacka do aktywnego używania dostępnego pod stopami arsenału efektów: solówka niczym u Daft Punk, świetny trik z zapętlaniem akordów dla specyficznego dźwięku. Delikatniejsza przerwa w postaci “Real Talk” chwyta mocno za serce sylabizowanym tekstem i bardzo klimatyczną progresją akordową sprawiającą, że jest to najlepszy wolny utwór na płycie. “Ketting”, choć brzmi niczym corganowski side-project, ma swoje momenty i można go posłuchać w kategorii nieinwazyjnego przerywnika. Na koniec topowych utworów zostawiając “Team A” – strojenie w C i świetne zmiany dynamiki sprawiają, że stanowi pewien most między starą drogą z debiutu, a nowym kierunkiem, który obrał sobie zespół.

Jeśli Bloc Party po każdej płycie chce robić sobie takie przerwy, ja się mogę na to zgodzić, bo “Four” to album na wysokim poziomie pod względem kompozycji i produkcji. Choć część materiału brzmi jak na doczepkę, całościowo można płytę odpalić, niekoniecznie używając wszechmocnego skip. Nadzieja brytyjskiego mainstream rocka nie taka znów jest stracona i teraz przekonamy się, czy będą potrafili unieść ciężar materiału. Na razie na koncertach sprawdzają się wybornie, ale przed nimi większe sprawdziany – m.in. koncert na Earls Court, za który trzymam kciuki, bo akurat z tą płytą mogą spróbować podbić trochę dalsze tereny niż szesnastki histeryzujące, gdy usłyszą “Helicopter”.

Kuba Serafin


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (17 głosów, średnio: 7,71 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.