Blaski i cienie OFF Festivalu 2012

Kilka refleksji na temat tegorocznego OFFa.

Tegoroczny OFF Festival na papierze wyglądał fantastycznie. Chciałeś zobaczyć prawdziwe legendy? Nie ma sprawy – Swans, Thurston Moor, Iggy and The Stooges, Henry Rollins, Papa M (czyli Dave Pajo), Stephen Malkmus i jeszcze wielu, wielu innych. A może miałeś ochotę na czołówkę awangardy? Spoko – Kim Gordon i Ikue Mori, Battles, Colin Stetson… Nawet miłośnicy hip-hopu i szeroko pojętego metalu mieli kilkoro naprawdę zacnych wykonawców do zobaczenia, co dla tego festiwalu jest dość nietypowe.

Nie od dziś wiadomo, że dla Artura Rojka główną inspiracją jest barcelońska Primavera. Jest to wybór o tyle słuszny, że jest to jeden z najlepszych festiwali z muzyką alternatywną na świecie. I wzorem właśnie Primavery na OFFa wprowadzone zostało przyporządkowanie scen zewnętrznym kuratelom. W tym roku kuratorami Sceny Eksperymentalnej był magazyn internetowy The Quietus, Jonathan Poneman (współzałożyciel Sub Popu) oraz Christian Fennesz.

Jak ten program i założenia wyszły w praniu? Pod względem muzycznym, znakomicie. W kategorii łamania barier gatunkowych szczególnie odznaczyła się pewna trójka. Colin Stetson udowodnił, że jest jednym z największych żyjących wizjonerów saksofonu, a przecież ma dopiero 37 lat. Moment, w którym Kanadyjczyk wydobył ze swojego instrumentu dźwięki doskonale imitujące skrzypce, będę pamiętał do końca życia. Z kolei Converge zawarło w swojej agresywnej mieszance metalu i hardcore’u wielkie emocje, okrucieństwo ludzkiej egzystencji oraz zdumiewającą erudycję muzyczną – muzycy naturalnie przechodzili ze stonera do math rocka, nie tracąc przy tym ekstremalnego brzmienia.

Ostatnim z wymienionej trójki był duet anbb, czyli Alva Noto i Blixa Bargeld. Alva Noto odpowiadał za chłodną i surową elektronikę oraz manipulację słowami wypowiadanymi przez Blixę. Lider Einsturzende Neubauten głosił po niemiecku oraz angielsku manifesty np. zaprzeczające istnieniu elektryczności. Muzyka ta była esencją niemieckiej kultury i jeśli kiedykolwiek ktoś zdecyduje się zrobić remake “Czasu Apokalipsy”, to w sławnej scenie z helikopterami żołnierze nie będą słuchać Wagnera, tylko anbb.

W kategorii pięknych i wzruszających piosenek, zdecydowanie wyróżniłbym multiinstrumentalistów z Other Lives, melancholijnych The Antlers (choć za mocno nagłośniony bas mocno przeszkadzał w  komfortowym odbiorze koncertu) oraz The Wedding Present, będący w zaskakująco dobrej formie, mimo swojego scenicznego stażu. W elektronice nastawionej na taniec nie miał sobie równych łączący Buriala z Vangelisem Kuedo, a w muzyce gitarowej zdeklasował wszystkich Ty Segall, który w namiocie Trójki rozkręcił dziki crowdsurfing. Z kolei Shabazz Palaces dostarczyło wszystkim kwaśnego rapu.

Warto też wspomnieć o Electronic Beats, którego impreza odegrała rolę OFFowego before’u. Line-up było skromny, ale za to ciekawy. Trójmiejskie Bubble Chamber za pomocą basu, perkusji i podkładów elektronicznych znakomicie łączyło dubstep z ambitniejszym techno, a nawet reggae. Polsko-brytyjskie The KDMS wypadło słabo i bez wyrazu, za to Chew Lips było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Tigs okazała się rasową wokalistką, z charyzmą, zadziornością i seksapilem. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję zobaczyć ich na żywo, nie wahajcie się ani chwili.

Tryptyk dnia ostatniego

Ostatniego dnia festiwalu, w niedzielę, miały miejsce trzy niezwykłe, następujące jeden po drugim występy. Najpierw o 22 na głównej scenie zagrali Battles. Gdy widziałem ich rok temu na Primaverze, wyraźnie było widać, że grupa ma spore trudności w funkcjonowaniu, jako trio. Zdarzały się momenty, kiedy Amerykanie łapali wspólny vibe i płynęli, ale było też sporo niepotrzebnych przestojów. Na OFFie nie dość, że materiał z ostatniej płyty brzmiał znakomicie, a muzycy nieustannie gnali do przodu, to jeszcze w końcu odważyli się zagrać materiał z pierwszej płyty, i to ze znakomitym skutkiem.

Moją pierwszą reakcją na wiadomość, że Henry Rollins na OFFie wystąpi ze stand-up show, było rozczarowanie. Zdawałem sobie sprawę, że legenda hardcore’u już nie koncertuje, ale jeśli już przyjeżdża, to mógłby jednak zaśpiewać, a nie tylko mówić. Jednakże w żywej konfrontacji z liderem Black Flag porzuciłem wszelkie wątpliwości. Rollins okazał się znakomitym mówcą, potrafiącym doprowadzać słuchaczy do łez, zarówno ze śmiechu, jak i ze wzruszenia. Rzadko mi się zdarza w stu procentach wierzyć tak znanej osobie, gdy mówi o wspaniałości swojej publiki. W tym przypadku mój sceptycyzm przegrał z charyzmą Amerykanina.

Wydawało mi się, że doskonale wiem, czego oczekiwać po koncercie Swans. Przecież widziałem ich w zeszłym roku i przeżyłem misterium Micheala Giry. Spodziewałem się więc praktycznie tego samego. Okazało się, że koncerty Swans w obecnej formule są jeszcze bardziej skrajne, praktycznie pozbawione piosenek. Krzyki i modlitwy Giry zlewały się z potężną falą dźwięku, która trwała praktycznie nieprzerwanie przez ponad półtorej godziny. Kiedy cały spektakl chciał przerwać zespołowi menager sceny – koncert został przeciągnięty o kilkadziesiąt minut – Gira z gniewem w oczach kazał mu zejść ze sceny. Jestem pewien, że gdyby ten się nie wycofał, w ruch poszłyby pięści. Doświadczyć świętego gniewu Swans na żywo, to przeżycie duchowe.

Łyżka dziegciu

Niestety nie wszystko na tegorocznym OFF Festivalu zagrało tak jak trzeba, zarówno pod względem muzycznym, jak i organizacyjnym. Zawiódł mnie Thurston Moore wraz ze swoim zespołem Chelsea Light Moving, które jak na razie okazało się mniej skomplikowanym Sonic Youth. Świetnie prezentujące się na płytach Fanfarlo zaprezentowało brak scenicznego otrzaskania, a Metronomy mimo profesjonalnej oprawy, wypadło po prostu nieciekawie.

Jeśli chodzi o aspekty organizacyjno-logistyczne, to przede wszystkim nie rozumiem traktowania polskich wykonawców, jako artystów drugiej kategorii. Tak rewelacyjni artyści jak Kobiety, Piętnastka Piotra Kurka, Kristen, Profesjonalizm czy Napszykłat grali o wczesnych godzinach popołudniowych, podczas gdy nieopierzeni goście z zagranicy wieczorem. Powinno być na odwrót. Jeśli OFF chce uchodzić za festiwal, który naprawdę wspiera i prezentuję muzykę niszową, to powinien przede wszystkim zacząć od rodzimej sceny.

Z kolei ochrona, owszem, przy bramkach była uprzejma i nie przeszukiwała z niepotrzebnym pietyzmem, ale za to chodziła między publicznością podczas koncertów, chyba tylko dla zabicia nudy. Niestety, skutecznie psuło to atmosferę. Brakowało także elastyczności godzinowej, jeśli chodzi o koncerty zamykające dany dzień. Africa HiTech musieli skończyć grać po 40 minutach, mimo, że spokojnie mogłaby pograć choćby jeszcze 15 minut do godziny 4. Nastawienie “jest 4 rano, a więc wszyscy mają iść do domu”, niezbyt przystoi takiemu festiwalowi jak OFF.

Ostatnie gromy spadną na akustyków, którzy w tym roku po prostu położyli kilka koncertów. Fennesz przez buczące basy i źle nagłośnioną gitarę stracił swój romantyzm i otulające, ciepłe brzmienia. The Twilight Sad brzmiało płasko, a Shabazz Palaces zostało nagłośnione zbyt cicho. Ewidentnie co poniektórym akustykom brakowało po prostu doświadczenia w pracy przy tego typu wydarzeniach.

A za rok i tak widzimy się na Trzech Stawach

Jakich zarzutów jednak by nie postawić, muzycznie był to chyba najlepszy OFF od 2009 roku. Przesądził o tym przede wszystkim wyrazisty charakter większości artystów – wiele występów mogło mi się nie podobać, ale rzadko byłem w stanie zarzucić komukolwiek bezbarwność. Oby to był już stały kurs OFF Festivalu na następne lata.

Krzysiek Kowalczyk

zdjęcia: Gaga Mucko (Henry Rollins, Swans, Profesjonalizm, The Stubs), Nick Helderman (Colin Stetson, Ty Segall, Battles)




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.