16.08.2011 07:29

Autor: Katarzyna Borowiec

Black Lips – “Arabia Mountain”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Black Lips – “Arabia Mountain”
Vice/2011

Kwiecisty punk, instrumenty Marka Ronsona i lata 60.

Mieliście kiedyś wrażenie, że urodziliście się za późno? Że wasze miejsce jest w latach 80. na pierwszych występach Sonic Youth, pod koniec 70., na koncertach Joy Division albo w ich początku, wśród błyszczących brokatem fanów Davida Bowiego? Black Lips spóźnili się jakieś 30 lat. Nie oznacza to, że do swojego zakochania w latach 60. nie podchodzą kreatywnie i ich muzyce nie warto poświęcić uwagi.

Czterej wieczni chłopcy z Atlanty uznają, że technika nagrywania sprzed pięćdziesięciu lat jest najlepsza i nie ma powodu, aby używać nowoczesnych, bezdusznych ich zdaniem metod. Jak to ujął Jared Swilley: Jeśli masz zamiar używać autotune, to po co w ogóle śpiewać? Daj to do zaśpiewania robotowi. Jeśli używasz Pro Tools, to wiesz co? Umrzyj. Black Lips są więc lo-fi, ale nie w dzisiejszym stylu, aby być cool, ale dlatego, że to według nich brzmienie najlepsze z możliwych. Wszystkie pięć płyt, jakie dotychczas nagrali, wyprodukowali sami, w efekcie sprawiając, że ciężko przypisać ich nagrania do konkretnej dekady – mogłyby równie dobrze pochodzić sprzed czterdziestu lat, jak i z wczoraj.

Przy tworzeniu szóstego albumu pomógł im Mark Ronson. Jak stwierdzili Black Lips: Jeśli masz Grammy, możesz zostać moim przyjacielem. Interwencję słychać, ale producentowi udało się nie naruszyć specyficznej estetyki zespołu. Przede wszystkim zachęcił grupę do korzystania z innych instrumentów – mamy na “Arabia Mountain” ulubione przez Ronsona dęciaki (Cochemea Gastelum na saksofonie), a także… piłę (Dale Stuckenbruck). Nagrania nie są tak brudne jak na “Let It Bloom” ani tak niestaranne jak na poprzedniej, “200 Million Thousand”. Nie są też tak lekkie, radosne i urzekające jak na “Good Bad Not Evil”, najlepszym jak do tej pory albumie czwórki Amerykanów.

“Arabia Mountain” to typowa dla Black Lips zabawa historią muzyki. Mamy tutaj bezpośrednie nawiązania do Ramones (“Raw Meat”), hitu “Jet Boy Jet Girl” Eltona Motello (czy raczej “Ça plane pour moi” Plastic Bertranda…), początek “House of the Rising Sun” (“The Lie”). Słychać The Rolling Stones, The Sonics, The Kinks, The Seeds, The Velvet Underground, X-Ray Spex i kto wie co jeszcze? Skoczne kawałki rzadko przekraczają dwie minuty, a miks dobrze znanej fanom lat 60. muzyki wzbogacony jest ciekawą zabawą tekstami. “Mad Dog” opowiada o znajdywaniu ukrytych przesłań poprzez puszczanie nagrań od tyłu, “Spidey’s Curse” o tym, że Spiderman był molestowany w dzieciństwie, a w “Mr. Driver” wokalista rymuje long/strong/song/bong/belong/vietcong.

Jest to kawał dobrej zabawy. Mimo wszystko jednak nieco za długi. Gdzieś przy jedenastej piosence człowiek zaczyna mieć dosyć, a przed nim jeszcze pięć następnych, w tym kończące płytę “Keep On Running”, które jest najdłuższe – ma aż cztery minuty. Żeby się nie znudzić, polecam dawkować sobie “Arabia Mountain” w mniejszych ilościach, wtedy jest całkiem sympatycznie.

Katarzyna Borowiec


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (Jeszcze nie oceniano)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.