Best Kept Secret Festival 2014
20-22.06.2014/Beekse Bergen/Hilvaranbeek

Trzy dni w raju.

Brak szerokiej reklamy holenderskiego Best Kept Secret jest działaniem zaplanowanym, ale równocześnie dość niezrozumiałym. Zwłaszcza w dzisiejszych warunkach, kiedy festiwale w dużej części przypadków muszą walczyć na rozmaite sposoby (nie tylko line-upowe) o uczestników. Spodziewałem się więc wszystkiego, łącznie z licznymi wpadkami organizatorów, odwoływaniem koncertów czy chlewem, jaki ma miejsce np. na belgijskim Dour. Obawy były nie na miejscu. Zdecydowanie nie na miejscu.

Organizacyjnie festiwal zbliżony jest do perfekcji, a zrzędzenie jakie dopada mnie coraz częściej, nie dawało przez trzy dni o sobie w ogóle znać. Nie było ku temu powodów. Festiwal ma miejsce w Hilvaranbeek znajdującym się w niedalekiej odległości od Tilburga, w okolicach gigantycznego parku safari. Krajobraz od samego początku zachwycał – urocze jezioro (widok ze sceny musiał być imponujący), plaże, las i od razu na usta cisnęło się pytanie: czego więcej można oczekiwać w tym aspekcie? Pozytywy zaskakiwały jednak godzina za godziną. Trudno bowiem sobie wyobrazić np. lepiej rozwinięte kwestie sanitarne i konsumpcyjne, a jeśli dodać do tego taki szczegół jak “ekipa kawowa” podchodząca z rana do każdego namiotu, to łatwo o wrażenie, że dbanie o dobre samopoczucie uczestników festiwalu przybierało niespotykane nigdzie indziej rozmiary. Z pozoru niezbyt wygodny sposób płacenia przy pomocy “chipa”, dołączonego do opaski, okazał się strzałem w dziesiątkę. Prysznicy na polu namiotowym udostępniono tyle, że kolejki z rana nie były wielkim problemem, a nawet takie udogodnienie jak normalny sklep z rozsądnymi cenami, przy odrobinie pomocy, udało się dość szybko znaleźć. Niezwykle interesująco rozwiązano także np. kwestie pisuarów, które zostały w kilku miejscach przyczepione do drzew i panowie mogli oddawać się czynności fizjologicznej nie robiąc krzywdy naturze. Tego typu czynników, z pozoru mało istotnych, naliczyć można zdecydowanie więcej. Prawdopodobnie też dlatego ludzie byli dla siebie niezwykle mili, napotkanie żałośnie pijanych “zombie” należało do rzadkości (choć weseli pijani, oczywiście, byli), zaś czerpanie radości z tego, na co czeka się jesienią, zimą i wiosną, okazywało się zdecydowanie łatwiejsze. Można wprawdzie, w typowo polski sposób, narzekać na ceny, ale nawet te w porównaniu do innych europejskich festiwali były do przełknięcia (np. duże piwo czy frytki z majonezem kosztowały niecałe 4 euro). Pewnym ciosem dla wielu mogło być rozstanie się na pewien czas z mistrzostwami świata w piłce nożnej (niespodziewanie dla siebie, dość szybko sobie z tym poradziłem), ale tutaj organizatorzy i sponsorzy również wyciągnęli pomocną dłoń, zwłaszcza do licznej, barwnej i wesołej ekipy z sąsiedniej Belgii, którym zaproponowano śledzenie meczu z Rosją na wielkim telebimie (z czego ochoczo skorzystali). Organizatorom należy także bić brawo za doskonałe nagłośnienie, a uczestnikom za to, że komunikowali się ze sobą na koncertach oszczędnie, tańcowali w ładny i nie przeszkadzający innym sposób, a dodatkowo nie wychodzili tłumnie z występów po usłyszeniu ulubionej piosenki.

Na festiwale nie jeździ się jednak po to by tylko rozmawiać, jeść czy pić, ale priorytetem jest coś innego. Świetnych koncertów było sporo i, w przeciwieństwie do innych festiwali, problem nachodzenia na siebie interesujących występów wymagał niekiedy rzutu monetą. W mojej prywatnej klasyfikacji na czele umieszczam po raz kolejny Franz Ferdinand. Od pewnego czasu podchodzę z dość sporym dystansem do występu Kapranosa i spółki (tak się składa, że od kilku dobrych lat widzę ich minimalnie raz w roku), ale zawsze uśmiech na ustach pojawia się w kilka chwil po usłyszeniu pierwszych dźwięków. Oni najzwyczajniej po prostu nie są w stanie dawać słabych koncertów i działają niczym narkotyk, który sprawia, że ich zejście ze sceny staje się niezwykle bolesne. Nie wiem jak po tylu latach można czerpać radość z grania utworów takich jak “Take Me Out” czy “Jacqueline”, ale oni miłość do muzyki mają najwyraźniej w genach. W moim otoczeniu nikt nie pozostawał obojętny i oddawał się zabawie, a dodatkowo zespół kontakt z publiką wzniósł na poziom rzadko obserwowany. Niemal równie świetny okazał się koncert Metronomy. W ich przypadku nawet te słabsze piosenki “na żywo” zabrzmiały o niebo lepiej niż na płycie, a na uwagę zasługiwało dopracowanie występu do ostatniego szczegółu, łącznie z dekoracjami, ubiorem  i aranżacjami. Stworzyło to wręcz hipnotyzujący klimat, gdzie o uśmiech i łzy było niezwykle łatwo. Nawet jakbym bardzo chciał, to słabych punktów nie jestem w stanie wyliczyć, bo i fałsze w chórkach w czasie “Love Letters” były w pewien sposób ujmujące. Na podium umieszczam też Lykke Li, która czarowała wszystkim – “kocimi ruchami”, strojem i przepięknym głosem. Spodziewałem się, że będzie to koncert, który spędzi się raczej w pozycji stojącej, ale nic bardziej mylnego – od “I Follow Rivers”, przez “Youth Knows No Pain”, po finalne “Get Some” nie sposób było ustać w miejscu. Szwedka nie skupiła się na promowaniu “I Never Learn”, a raczej zaproponowała swoiste “The Best Of” i była to strategia idealna, bo przecież o to chodzi w festiwalowych koncertach. Przy okazji otrzymałem namacalne potwierdzenie, że “Gunshot” z najnowszej płyty to mocny kandydat do piosenki roku, a w aranżacji koncertowej jeszcze zyskuje.

Poza prywatnym podium również muszę wskazać inne świetne koncerty. Występ Slowdive nie da się inaczej określić niż słowem “piękny” i chciało się, by to piękno trwało nieco dłużej niż osiem utworów zamkniętych w 40 minutach. Było widać wśród publiki sporo osób, które przyjechały przede wszystkim na ten koncert i oni również znacznie przysłużyli się stworzeniu odpowiedniego klimatu. Do genialnych koncertów zaliczyć też muszę Chvrches, bo przebojowość i jeszcze ciekawszy niż na płycie wokal Lauren Mayberr nie mogły pozostawić obojętnym. Mam wprawdzie obawy, czy ten zachwyt nie był jednorazowy, ale zdecydowanie polecam – publika chyba właśnie na tym koncercie bawiła się najlepiej, a i koncert pozbawiony został największej wady płyty, czyli nierównego poziomu.

Łatwo też wymienić koncerty, które urzekały na krótsze lub dłuższe momenty. James Blake tradycyjnie częściej mruczał niż śpiewał, ale występ ten w zasadzie niczym nie różnił się od tych, które widziałem do tej pory. Trochę szkoda, że odbył się w pełnym słońcu, co raczej nie sprzyjało odpowiedniemu odbiorowi. Poprawnie wypadł Interpol, ale tutaj problemem okazał się głos Paula Banksa, który brzmiał jakby nawdychał się on helu lub nasłuchał Placebo i momentami fałsze aż kłuły w uszy. Grający gościnnie na basie Brad Truax mógłby też oszczędzić sobie wymachiwania włosami we wszystkie strony, bo stawało się to dość irytujące. Setlista oparta była głównie na utworach z pierwszych dwóch płyt, ale i nowe utwory dają nadzieję, że nadchodzący album będzie nowym początkiem, a nie gwoździem do trumny. Zespół Elbow nieco zapomniał, że koncerty festiwalowe rządzą się swoimi prawami i połowa utworów z setlisty pochodziła z najnowszego albumu. Był to o tyle nieprzemyślany ruch, że Elbow traktowane było jako główny headliner festiwalu i panowie grali jako ostatni na dużej scenie. 10 utworów to dość mało i dało się zaobserwować zawód wśród publiczności. Przebojów trochę mają, a finalne “One Day Like This” stanowiło raczej marne pocieszenie.

Przed Best Kept Secret wydawało mi się, że najbardziej zachwycą mnie dwie legendy muzyczne. Byłem wręcz niemal pewny, że o Belle & Sebastian będę mówić i pisać w samych superlatywach, a i umieszczę ich na pierwszym miejscu prywatnej klasyfikacji. W zasadzie mógłbym to zrobić, ale jako lidera festiwalowych rozczarowań. Koncert nie był tragiczny, lecz  totalnie przeciętny. Zespół zaprezentował przekrój przez sześć albumów, ale  zagrane to było jakby od niechcenia. Stuart Murdoch starał się w swoim stylu, ale pozostali członkowie pozostawali obojętni i wydawało się, że zaraz wyciągną tablety i zaczną sobie na nich surfować po Internecie (odniosłem wrażenie, że jedna osoba to przez pewien czas robiła). W zasadzie tylko w czasie “I Want the World to Stop”, “The Loneliness of a Middle Distance Runner” i “Me and the Major” serce biło nieco szybciej. Liczę, że na Offie będzie lepiej, bo pewnie odbiór publiczności będzie bardziej entuzjastyczny i zarazi zespół. W jeszcze większym stopniu nie przekonało mnie Pixies, którzy również dawali odczuć, jakby już utracili radość z grania. Nudą wiało wielokrotnie ze sceny, co sprawiło, iż koncert cieszył tylko momentami.

Z pewnością warto wspomnieć o jeszcze kilku koncertach. Trudno jednoznacznie ocenić Babyshambles, bo tutaj liczba beznadziejnych utworów zdecydowanie była większa od tych dobrych, ale z drugiej strony zakończenie w postaci “Fuck Forever” należałoby opisać tylko przy użyciu pozytywnie nacechowanych przymiotników. Doherty tradycyjnie coś bełkotał między piosenkami, rzucał statywem, wypijał kilka łyków Guinnessa, by następnie resztę rozlać po scenie i publiczności. Nie ma co jednak ukrywać, że reaktywacja The Libertines to pomysł z gatunku tych genialnych, bo z Babyshambles Doherty zabrnął już pod ścianę, czego potwierdzeniem tragiczne utwory z  “Sequel to the Prequel”. Większej liczby dobrych piosenek brakuje póki co Wild Beasts, gdyż w czasie koncertu ziewanie dość szybko wydawało się odpowiednią reakcją (widziałem po ludziach dookoła, że to nie był tylko mój problem). Mogliby też popracować nieco nad aranżacjami, bo to, co sprawdza się na płycie, niekoniecznie znajduje przełożenie na występy “na żywo”. Słabsze i lepsze momenty mieli The Notwist, ale oni musieli dodatkowo zmagać się z dość skromną, zwłaszcza w porównaniu do innych koncertów, liczbą publiki (mecz Belgia – Rosja). Niewątpliwie starali się jak mogli, co było widać po energetycznych ruchach scenicznych części zespołu. W czasie występu pojawiły się u mnie dość spore wątpliwości, czy Rojek umieszczając ich na dużej scenie Off Festiwalu nie popełnia jednego z większych błędów line-up’owych.  Bez wyrazu były natomiast koncerty Midlake czy The War On Drugs i to w  wymiarze zdecydowanie bardziej pasującym do cyklu “do zapomnienia”. Podobnie można potraktować występ Forest Swords, którzy totalnie przekombinowali utwory i zamiast do tańczenia nadawały się one jako podkład np. do konsumpcji frytek. Zbyt dużo dziwacznych przerw, za mało emocji i prawdopodobnie pomysłów.

Oczywiście były także wpadki czy nieporozumienia. The Horrors zagrali tak źle jak kilka lat temu na Off Festiwalu co pozwala mi wysnuć wniosek, że są po prostu beznadziejni koncertowo – potwornie nudni, pretensjonalni, a i dodatkowo sprawiali wrażenie jakby publiczność mieli “gdzieś”. Nieco żenujący był także Miles Kane, który oprócz tego, że dysponuje dość przeciętnymi piosenkami (poza “Come Closer” i “Taking Over”), to stara się robić wszystko, by dorównać swojemu zdecydowanie bardziej uzdolnionemu koledze, Alexowi Turnerowi. Brak autentyzmu byłby jeszcze do przełknięcia, gdyby nie takie zdarzenia jak dramatyczne proszenie publiczności o śpiewanie rozmaitych “oooo” i “lalala” czy katastrofa w postaci coveru “Sympathy For The Devil”.

A żeby nie kończyć złym obrazem…

W ostatnich minutach festiwalu, w czasie spożywania Jupilera podszedł do mnie Holender, pytając o kraj z którego pochodzę,  a po usłyszeniu odpowiedzi, rozpoczął kilkuminutowy monolog o tym, jak bardzo się cieszy z obecności Polaków na festiwalu. Z bardziej egoistycznych oraz koleżeńskich pobudek będę apelował i namawiał o to, żeby ta liczba jeszcze się zwiększyła. Mój polski współtowarzysz doli, będący przez zdecydowanie większą część swojego życia na “nie” (był do tej pory na pięciu festiwalach i podobał mu się jeden), po tych trzech dniach przyznał, że “Best Kept Secret to piękna sprawa” i nie wypada mi się nie zgodzić. Znakomity line-up, organizacja 10/10 i jedynie niedosyt, że w tym raju na planecie Ziemia przebywało się tylko trzy dni.

Michał Stępniak
Zdjęcia: Kmeron/DaMusic




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.