03.03.2013 20:35

Autor: Katarzyna Borowiec

Będę kataryniarzem – relacja z koncertu Patricka Wolfa

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


Będę kataryniarzem – relacja z koncertu Patricka Wolfa
Warszawa/2.03.2013

Brytyjski piosenkarz zagrał akustycznie w warszawskim Palladium.

Zgodnie z tym, co Patrick zapowiedział w wywiadzie dla naszego portalu, koncert w ramach akustycznej trasy był wydarzeniem niezwykłym. Wokalista posiada w Polsce grono zagorzałych fanów, więc również wcześniejsze występy charakteryzowały się niesamowitą atmosferą wzajemnej adoracji, ale tym razem, w surowszej oprawie, wymiar osobisty był jeszcze bardziej odczuwalny.

Tak bardzo chcę być Benem Caplanem

Przed Brytyjczykiem na scenie pojawił się Peter J. Birch, czyli singer-songwriter z Wołowa. Najprawdopodobniej wcale nie chce być Benem Caplanem, ale na mnie nie zrobił zbyt dobrego wrażenia za sprawą natychmiastowego nieomal przywiedzenia na myśl owego króla brodaczy, w porównaniu z którym Polak nie ma zbyt wiele do zaprezentowania. Jego głosowi brakuje drapieżnej siły Kanadyjczyka, piosenkom polotu, grze uroku, nawet włosów ma mniej (chociaż o więcej byłoby naprawdę trudno). Jedną z wad jest sposób śpiewania Petera, który uparcie wprowadza do niego coś na kształt akcentu z Alabamy, za sprawą którego momentami (częstymi) nie sposób usłyszeć słów. To, co usłyszeć się da, szczególnego wrażenia nie robi. Ot, smutnawe pioseneczki o miłości. Próbuje śpiewać nisko (tu pojawia się Caplan z pobłażliwym uśmiechem) i bardzo wysoko (co jest już ciekawsze, ale istnieje ryzyko grymasów ze strony Bon Ivera), ale mimo tego typu urozmaiceń jego kompozycje nieubłaganie zlewają się ze sobą, przez co występ nie staje się ciekawszy. Na plus należy z pewnością policzyć muzykowi wybór utworu do coverowania – kto jeszcze nie zna Townesa van Zandta, powinien jak najszybciej to zaniedbanie nadrobić. Kto nie zna Petera J. Bircha moim zdaniem wiele nie traci.

Tolerance is bullshit

Patrick Wolf grał tego wieczoru na harfie, fortepianie, altówce oraz nowo zakupionej gitarze, która okazała się niezbyt dobrze nastrojona. Rozpoczął od zaśpiewania utworu “Serpentine” od którego płynnie przeszedł do “Wind in the Wires”. Na początku czwartej piosenki, “Hard Times”, miał problemy z rzeczonym instrumentem, ale nie przejął się tym ani trochę, zgrabnie wplatając strojenie w kompozycję muzyczną i zmieniając je w element występu. Swoboda, z jaką porusza się po scenie jest wprost zachwycająca.

Piękne są również akustyczne aranżacje jego piosenek, w wykonywaniu których pomagali mu pani skrzypaczka, pan akordeonista i najrzadziej pojawiający się klarnecista. Głos Patricka przy takim instrumentarium był jak precyzyjnie oprawiony diament. Nawet tak nieudane piosenki jak “House” czy “Together” (które nie wiedzieć czemu nieustannie jawi mi się jako swoisty hymn dla łączących się w fizycznym wysiłku proletariuszy) brzmiały świetnie. Momentami można było odnieść wrażenie, że Wolf mógłby właściwie śpiewać cokolwiek. Tym bardziej olśniewające były więc jego najlepsze kompozycje, jak niezwykle chwytliwy hit “The Magic Position” czy przepiękna smutna piosenka o miłości “Bluebells”. Na akustycznej aranżacji zyskały szczególnie pierwotnie mocno elektroniczne utwory takie jak “Hard Times”. Patrick zagrał też sporo kompozycji z debiutanckiego albumu, między innymi “Bloodbeat”, a także takich, które nie znalazły się na “Sundark & Riverlight”, na przykład kawałek “Tristan”, który brzmi dobrze chyba w każdej możliwej wariacji.

Wokalista był bardzo rozmowny, ze śmiechem ostrzegając, iż z wiekiem robi się coraz bardziej gadatliwy i prawdopodobnie skończy jako typowa staruszka na przystanku, która mówi do wszystkich przypadkowo spotkanych osób bez względu na ich zainteresowanie. O ile nie zostanie warszawskim kataryniarzem – postać ta urzekła go w naszym stołecznym mieście najbardziej, choć nie bardzo wiedział, kto to taki i jak się nazywa miejsce, gdzie go napotkał. Występowi towarzyszyły wizualizacje, na których, zgodnie ze słowami artysty, pojawiały się także fragmenty rodzinnych nagrań z jego dzieciństwa (w jednym z nich widzieliśmy małego Patricka zakutego w dyby – “rozrywki moich rodziców podczas wakacji”, jak je skomentował). Wolf opowiadał historie powstania niektórych piosenek (jak “The Sun Is Often Out” poświęcona znajomemu poecie-samobójcy czy “Falcons” zainspirowana obserwowaniem sokołów). Do największych atrakcji należy z pewnością zaliczyć wykonanie dotychczas nieopublikowanego utworu, “Godrevy Point”, który nie znalazł się na płycie “Wind In the Wires”, gdyż Patrick uznał go za zbyt osobisty, za co zresztą w sobotni wieczór skrytykował siebie sprzed lat.

Polscy fani oczywiście odwzajemnili płynącą ze sceny miłość, przejawianą chociażby w modyfikacjach słów piosenek (“You put me in the magic position Warsaw”). Patrick dostał nawet kilka prezentów wręczonych mu przez członków publiczności. Obiecał wkrótce przyjechać ponownie, mówiąc, że Warszawa jest jednym z jego ulubionych miast do koncertowania, które wybrał na tej trasie na podobnej zasadzie, na jakiej decydował o doborze utworów na “Sundark & Riverlight” – tylko najcenniejsze. Nie zabrakło również elementów społeczno-politycznych: Wolf stwierdził, że słowo “tolerancja” trzeba zdecydowanie zastąpić słowem “akceptacja” i zaśpiewał na bis “Bermondsey Street” pięknie płynnie przechodząc do “The Magic Position”, którym zakończył występ.

Mam szczerą nadzieję, że koncerty Patricka Wolfa będą od tej pory wyglądać właśnie w ten sposób. Są nieziemsko piękne i powinniśmy mieć więcej okazji, żeby usłyszeć jego twórczość właśnie w tej formie.

PS Po koncercie na twitterze wokalisty pojawiło się takie oto wyznanie miłosne. I jak tu go nie kochać?

Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.