20.05.2012 12:26

Autor: Monika Pomijan

Beach House – “Bloom”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Beach House – “Bloom”
Sub Pop/2012

Coś więcej niż dream pop.

Amerykanie z Beach House wypracowali sobie z jednej strony bardzo hermetyczny, z drugiej zaś równie mocno charakterystyczny, wbrew pozorom, styl, który dla nikogo nie pozostaje obojętnym. Dream pop bowiem to dziś gatunek tak eksploatowany, jak jeszcze przed chwilą był chillwave, na którego miejsce wskoczył z kolei folk. Prosta melodyka, przestrzenne pasaże i senny wokal to niby banalne patenty, których granice okazują się zaskakująco wąskie, a jednak mają w sobie coś, co jeśli dobrze zmodyfikowane, nie pozwala się nudzić. Baltimorski zespół debiutował w 2006 roku self-titled krążkiem, siejąc tym samym ziarno, którego plony zbierane są właśnie teraz. Z trochę zbyt ciężkiego od melancholii brzmienia przeszedł ku zniewalającym, hipnotycznym dźwiękom w fantastycznym “Teen Dream” z 2010 roku (któż nie pamięta takich evergreenów jak “Zebra”, “Norway” czy “Take Care”), by teraz ugruntować swoją pozycję jako sztandar gatunku idealnego na duszne, ciepłe wieczory maja lub leniwe, plażowe popołudnia wakacji.

“Bloom” okazuje się bowiem albumem, gdzie dream pop jest tylko punktem wyjścia dla eksperymentalnych, odrobinę shoegaze’owych wycieczek, których nie powstydziłby się M83. Pytanie, czy faktycznie były one potrzebne do dowiedzenia, że Beach House są w świetnej formie. Jednak po wielokrotnym przesłuchaniu płyty okazuje się, że raczej tak. Nie umknął nigdzie wakacyjny klimat z poprzednich wydawnictw, został za to wzmocniony przez bardziej wyraziste klawisze, pogłos i mocniejsze syntezatory. Dało to efekt niepokojącej melancholii, która kontrapunktowana jest sennym, kobiecym wokalem, hipnotyzującym równie mocno, co mknące w nieskończoność melodie. Na plan pierwszy bezsprzecznie wybija się tutaj singlowe “Myth”, które święciło triumfy na długo przed premierą płyty, teraz zaś okazuje się wręcz przebojowym hitem. Zaskakuje śmiałość, z jaką Victoria Legrand opowiada smutną historię marzenia, które nie wiadomo czy się spełni, opowieść o uciekaniu w iluzję, potrzebie bliskości. I jednocześnie nie sposób nie dać się porwać tej czystej, wplecionej w krystaliczne, przestrzenne dźwięki gitar oraz opartej na galopującej, prostej perkusji opowieści. Na “Bloom” nie ma jednak mowy o przebojowości czy efekciarstwie, nawet szokujące krótkim, shoegaze’owym wstępem “Hours” rozwiewa wątpliwości co do swojego dream popowego podłoża. Nawet jeśli duet sięga po synth-popowe patenty jak choćby w “Lazuli” czy monumentalnym kawałku “Irene”, są one przekuwane na senne pasaże kojarzące się z ostatnim albumem Anthony’ego Gonzalesa. “Irene” zresztą jest między innymi tym kawałkiem, który zyskuje przy kolejnych odsłuchach. Z początku mogący nużyć długością (niespełna osiem i pół minuty), zachwyca w końcu prostą partią gitar, ubarwioną basem, która potem miesza się z misternymi klawiszami.

Niezależnie od tego eksperymentalnego zacięcia, Beach House pozostają subtelnymi gawędziarzami. Udowadniają to zresztą niespiesznym “Wishes”, w którym syntezatory zgrabnie uzupełniają niemal dziewczęce partie klawiszy. W końcu jest to piosenka o życzeniach, równie ujmująca co “Myth”, choć dzięki zwiewnej melodyce dużo cieplejsza, otulająca. Razem z wejściem gitar okazuje się żywym, trochę odrealnionym pragnieniem, by nie zapomnieć o wszelkich drobnostkach, jakie się dzieją na co dzień. Choć równie dobrze może być piosenką o czymś zupełnie innym, bardziej osobistym bądź zupełnie nieprawdziwym. Beach House kryją w swoich tekstach wiele emocji, dzięki czemu budowanie z nich historii jest takie pasjonujące. Ubarwione senną, szalenie klimatyczną muzyką, która pasuje i do podróży, i do samotnie spędzanych wieczorów, świetnie odzwierciedlają stan ducha kogokolwiek, kto się z nimi zetknie.

Nowy krążek Victorii Legrand i Alexa Scally’ego nie jest żadną brzmieniową rewolucją, ale podobnie jak długogrający debiut Memoryhouse, idzie o krok dalej z tym, czym może być dziś dream pop. Jeśli ktoś jeszcze boi się, że z tego gatunku nic się już nie wyciśnie, wystarczy sięgnąć po “Bloom” i okaże się, że wykorzystywanie zupełnie drobnych patentów innych elektronicznych form to sposób na wydźwignięcie tej dość utopijnej muzyki z hermetycznych szufladek.

Monika Pomijan


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (24 głosów, średnio: 7,71 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.