25.06.2011 08:07

Autor: Kuba

Arctic Monkeys – “Suck It and See”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Arctic Monkeys – “Suck It and See”
Domino / 2011

Indie rock w skocznej, brytyjskiej formie powoli odchodzi w niepamięć. Teraz wszystko, co ma bardziej zróżnicowaną strukturę, rozwinięte instrumentarium i bogatsze brzmienie staje się nową muzyką alternatywną. Droga zaś, którą obrało sobie wiele zespołów brytyjskiej fali lat zerowych oscyluje między kombinacjami z elektroniką albo podbiciem sobie podeszwy muzyką pop i nafaszerowania nią swoich prostych, skocznych melodyjek. Bo kto teraz słyszał o nowych albumach sezonowych gwiazd NME z tamtych lat? Jedynie kilka zespołów, które wtedy zapisały się do panteonu nowego indie dryfuje gdzieś w przestworzach internetu szukając swojego rynku odbiorców. I jest też Arctic Monkeys.

Fenomen, można by rzec. Muzycy z Sheffield nie tylko przetrzymali falę indie rocka, ale utrzymali się na niej konsekwentnie ewoluując zgodnie z obecnymi trendami. Przynajmniej tak było na pierwszych dwóch albumach. Potem wyjechali do Stanów, by tam razem z guru stoner rocka – Joshem Homme nagrać swój trzeci album “Humbug” pełen pustynnych brzmień i surowej aranżacji. Minęły dwa lata od wydania tej porażającej dla fanów płyty, by zespół zrobił drugi krok, by doprowadzić do zawału serca rozochocone brytyjskie (i nie tylko) nastolatki. A stało się tak za sprawą nowego longplaya zatytułowanego “Suck It and See”.

Pierwszą sprawą, niejako zaskakującą dla typowego słuchacza mainstreamowej muzyki jest okładka. Kompletnie minimalistyczna, za to bardzo modna (pastele są w tym roku na topie). Nie jest to pierwszy tego typu eksperyment ze strony zespołu. Przy poprzednim albumie teledysk do utworu “Cornerstone” był tak monotonny i nudny (dla ciekawskich do obejrzenia tutaj), że oglądanie go kilka razy pod rząd przypominało cięcie się gumową żyletką, istna psychiczna tortura. Z drugiej jednak strony takie machlojki też przyciągają oko. Bo w sumie był to ruch genialny. Okładka wyróżnia się na tle innych. Ten łososiowy kolor i ten napis całkowicie się różni od tych wypindrzonych, jaskrawych, błyszczących artworków, jakie obecnie się serwuje. Więc punkt dla Małp.

Kiedy skończymy zachwycać się okładką, czas na część właściwą. Nowa płyta kryje dwanaście kompozycji, a ilość utworów, która przypadnie nam do gustu różni się w zależności od tego, jakim jest się fanem zespołu. Osoby, które cenią grupę przede wszystkim za dokonania z dwóch pierwszych albumów, nie będą specjalnie zachwycone nową płytą. A to przede wszystkim dlatego, że Arctic Monkeys porzuciło po części swój indie-image stając się pożywką dla amerykańskiego rynku muzycznego. Kompozycje typu “Brianstorm” czy “When the Sun Goes Down” odchodzą więc powoli w zapomnienie stając się jedynie miłym akcentem na płycie w postaci singlowego “Dont’ Sit Down ‘Cause I Moved Your Chair” z rześkim, quasi-metalowym riffem czy gęsto zrytmizowanego “Library Pictures”. Od biedy można jeszcze przypisać do tej grupy pierwszy ujawniony kawałek z nowego albumu – “Brick by Brick”.

Pozostali, którym “Humbug” robił dobrze, na pewno będą zadowoleni. Zdecydowana część nowego albumu to swoista ewolucja brzmienia z poprzedniego wydawnictwa. Dużą różnicą jest jednak to, że muzycy postanowili pohamować swoje indie-wodze i stonerowe zapędy oddając palmę pierwszeństwa starym, vintage’owym, pop-rockowym kompozycjom. Płyta jest dość stonowana pod tym względem. Mnóstwo kawałków na “Suck It and See” to bardzo bujające i lejące się utwory, czasem można użyć nawet określenia ciasteczkowe, a to dlatego, że kompozycje mają słodki smak, gitary z ciepłym brzmieniem i narzuconym delikatnym echo roznoszą się apetycznie po głośnikach rozlewając słodycz w okolicy. Nawet jeśli zdarzają się jakieś mocniejsze akcenty, występują jedynie w pewnym obrębie głośności nie rozbijając tej popowej bańki . “The Hellcat Spangled Shalalala” czy “Reckless Serenade” miło zahacza o surfrockowe terytoria, “Piledriver Waltz” ma fajny, balladowy czill (choć zdecydowanie wolę wersję Alexa Turnera z “Submarine EP”). Natomiast trzy ostatnie na albumie – “Love Is a Laserquest, tytułowe “Suck It and See” i “That’s Where You’re Wrong” kontynuują tradycję retro-popowego brzmienia, jakiego można było słuchać w latach 60. i 70., zanim synthpop na dobre zagościł na szkolnych potańcówkach.

Muzycznie jest to album nie najgorszy, jednak po takim zespole jak Arctic Monkeys – zbawcach współczesnego rocka, mistrzach chwytliwych kompozycji oczekuje się trochę więcej niż odgrzewanych kotletów z płytotek ich rodziców z dodatkiem kilku swoich firmowych zagrywek czy rytmów. Od Alexa Turnera oczekuje się też trochę więcej w kwestii pisania tekstów. Przesyt onomatopei czy grafomańskiego gryzmolenia (np. go into business with a grizzly bear/but just don’t sit down, ’cause I moved your chair) pokazuje, że tutaj zespół ma poważne braki, które, mam nadzieję, poprawią przy następnej płycie. Nie potrafię stwierdzić czy jest to początek końca rządów Arctic Monkeys w dziedzinie brytyjskiego indie rocka (jeśli nową płytę możemy nazwać brytyjską) czy może zespół szuka sobie nowego targetu w postaci die-hard fanów The Beach Boys. Tak czy owak, wydał płytę poniżej swojego poziomu możliwości, ale niezależnie od tego NME będzie ich zawsze kochać.

Kuba Serafin


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (16 głosów, średnio: 7,19 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.