04.09.2014 09:00

Autor: Kuba

Antemasque – “Antemasque”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Antemasque – “Antemasque”
Nadie Sound/2014

Trudna przyjaźń.

Z muzyką Mars Volty jest czasem tak, jak ze sztuką nowoczesną – nieraz forma jest ważniejsza niż treść. W kwestii gmatwania formuły rockowej nie mieli sobie równych przez długi czas. Choć mieli gorsze momenty (vide fatalny “Octahedron”), wciąż nie można było zaprzeczyć temu, że w ich muzycznym szaleństwie tkwiła jakaś metoda. Kiedy świat dowiedział się o rozpadzie grupy poprzez przez serię tweetów napisanych przez wokalistę zespołu, Cedrica Bixler-Zavalę, nie spodziewałem się, że w najbliższym czasie on i jego wieloletni towarzysz, Omar Rodriguez-Lopez, powrócą do wspólnego tworzenia. Najwyraźniej jednak “afrogłowa amor vincit omnia”, dzięki czemu mamy kolejną okazję do posłuchania, co tych dwóch ma do powiedzenia.

Antemasque należy raczej traktować w kategorii ciekawostki niż swoistej kontynuacji tego, co muzycy prezentowali w The Mars Volta, a niegdyś w At the Drive-in. Choć “Antemasque” może mieć delikatne naleciałości stylu, jaki duet prezentował na poprzednich wydawnictwach, grupa różni się zdecydowanie jedną rzeczą – prostotą. Przede wszystkim kompozycje zostały odarte ze skomplikowanej polirytmizacji i ogólnego chaosu na rzecz czytelniejszych i, można nawet powiedzieć, popowych wstawek. Nie jest to już znak rozpoznawczy Rodriguez-Lopeza, ale w tym wypadku nie jest to coś złego, wręcz przeciwnie – w końcu można delektować się tym selektywnym brzmieniem niż zastanawiać się, co, do cholery, stało się w szesnastej minucie kolejnego molocha Mars Volty. Poza jednym indeksem (“Providence” –  swoją drogą, najsłabsza część albumu) utwory nie przekraczają magicznej bariery czterech minut, co jedynie wzmacnia dysonans między starszymi dokonaniami duetu a “Antemasque”.

Skutkiem takiego rzutu jest to, że w końcu muzycy przestali przeskakiwać sami siebie i stworzyli coś całkowicie na luzie, o wiele większym rozrzucie stylistycznym – od zeppelinowskich ballad (“Drown All The Witches” w poprawionej wersji w stosunku do EP) przez peany a’la Fleetwood Mac (“50,000 Kilowatts”), na alt-rockowych pasażach kończąc (“I Got No Remorse”, “Rome Armed to the Teeth”). Wsparci przez znanego z Red Hot Chili Peppers (i debiutu Mars Volty) Flea oraz Dave’a Elitcha stworzyli przyjemną, rockową płytę, która niewątpliwie ma kilka mocnych punktów i można jej poświęcić kilka(naście) odsłuchów. Na pewno nie zrobi większego szumu, bo nie jest aż tak dobra, ale mimo wszystko się cieszę, że jedni z moich ulubionych muzyków nie przestali grać razem, najwyraźniej czas leczy rany. Może album nr 2 (jeśli do takiego dojdzie, rzecz jasna) pokaże, na co ich jeszcze stać. Tymczasem, wracam do “Frances the Mute”.

Kuba Serafin


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (6 głosów, średnio: 6,33 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.