06.10.2012 07:30

Autor: Katarzyna Borowiec

Animal Collective – “Centipede Hz”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Animal Collective – “Centipede Hz”
Domino/2012

Kolektyw na fali. Radiowej.

Która to już płyta Animal Collective? Ciężko stwierdzić. Niektórzy uważają, że “Hollinndagain” nie powinna być liczona jako album koncertowy, inni znowuż nie uznają “ODDSAC”, którą członkowie zespołu nazywają “albumem wizualnym”. Nie jest to jednak aż tak ważne. Ta płyta to już jedna z wielu i choć podobno jeden z francuskich dziennikarzy myślał, że AnCo zaczęli się dopiero od “Merriweather Post Pavillion”, każdy szanujący się fan muzyki alternatywnej zna amerykańskich prekursorów psycho folku już od dłuższego czasu.

Świat nauczył się ich cenić przy okazji poprzedniego albumu, który uzyskał wręcz status arcydzieła, płyty przełomowej; pokolenie późnych lat osiemdziesiątych dostało wreszcie album do wspominania po latach. Łatwo było przewidzieć, że taki trik nie uda się dwa razy z rzędu. Nie wiem, czy “Centipede Hz” zaspokoiła oczekiwania neofitów, ale fanów z dłuższym stażem rozczarować nie powinna.

Niektórzy narzekali, że sparafrazuję pewien hipsterski blog (najbardziej hipsterski!), jak to na nowym albumie jest za dużo Aveya. Za dużo Deakina. Za dużo Geologista. Noah Lennox, czyli Panda Bear, po ośmiu latach wrócił do grania na perkusji. Rytmika jest na “Centipede Hz” jednym z kluczowych aspektów. Każdy kawałek wyposażony jest w pulsujące bębnienie poruszające słuchacza (w sensie fizycznym), raz dziko wariujące, raz pobrzmiewające bardziej statecznie, ale jednak zawsze obecne. Na perkusji grali jednak również wszyscy pozostali członkowie zespołu (który wrócił do pełnego składu po długiej przerwie, jaką zrobił sobie Josh Dibb). Lennox śpiewa w dwóch utworach – “Rosie Oh” to uroczy kawałek, brzmiący jak fabryka prezentowana u nas przez Małe Instrumenty (resztę porównań pominę, ponieważ jeden z zagranicznych serwisów wykonał robotę za recenzentów; chociaż nie zabrakło w niej polskich akcentów, Instrumenty przegapiono, pewnie dlatego, że są Małe). “New Time Burnout” brzmi nieco przyciężko jak na tę płytę – czuć, że to materiał w duchu “Tomboya”. Tym razem zdecydowanie wygrał Tare.

Dave Portner jak zwykle wokalnie wykonuje świetną robotę. Głos to obok perkusji najbardziej wyrazisty element kompozycji na “Centipede Hz”. Avey znów krzyczy, ale ma też liryczne momenty (przepiękny refren piosenki “Amanita”). Wokal Deakina dobrze pasuje do głosów kolegów, chociaż samemu “Wild Eyes” brakuje dzikości wersji koncertowej. O ile Panda radzi sobie świetnie sam, Dibb nie bardzo potrafi się zebrać z nagrywaniem, a solowe płyty Tare?a nikogo szczególnie nie cieszą – skrzydła rozwijają dopiero w towarzystwie kolegów. Spotkawszy się znów w pełnym składzie Amerykanie postanowili poszaleć instrumentalnie – ostatnio tylko samplowali i trochę im się to już znudziło. W efekcie jednak wcale nie powstał album tętniący siłą żywych instrumentów. Pomysł był inny.

Jeśli we wszechświecie istnieje ktoś oprócz nas, to czy słyszy naszą muzykę? Członkowie Animal Collective wyobrazili sobie, że to, co dociera do obcych cywilizacji brzmi jak trudna do złapania stacja radiowa. Szukanie odpowiedniej częstotliwości zainspirowało już wielu twórców, ale rezultat eksperymentu kolektywu nie jest uderzająco wtórny ani nudny. Wszystkie kompozycje ozdobione są szalonymi samplami, trzaskami, piskami, wyciem, klikaniem, szumami, dziwnymi dźwiękami kojarzącymi się z robotami, fragmentami programów radiowych lub telewizyjnych. Wyjściowe założenie zostało w pełni spełnione. Może dlatego nowym kawałkom brakuje trochę bezpośredniej siły emocjonalnej takich perełek jak “Grass” czy “Leave House” – tutaj za pięknymi momentami trzeba trochę pogrzebać.

Najlepiej robić to na słuchawkach. Większość uwagi i tak pochłania wokal, a zaraz po nim perkusja, więc docenienie wszystkich zawartych w utworach szaleństw może zająć sporo czasu. Co powinno sprawić, że płyta nieprędko się znudzi. Całość niestety nieco męczy – specyficzny nadmiar wrażeń – ale w dosyć przyjemny sposób, zwłaszcza, że końcówka jest wyśmienita. Efekty kosmiczno-radiowe nadają płycie posmak science-fiction, interesująco wpływając na wyobraźnię odbiorcy. Już pierwszy utwór dotyczy wspomnień z przeszłości, ale jak mówią Animale, nie ma w ich kompozycjach nostalgii. Rzeczywiście rzadko udaje się na “Centipede Hz” wyłapać smutek. Rozpamiętywanie przeszłości jest tutaj ekstatyczne – można się w nią przenieść bez żalu, że zaraz trzeba będzie wrócić. Jesteśmy w kosmosie i nie zazdrościmy Ziemianom aż tak bardzo.

You can dress yourself for dancing/ You can wear your funny chains and I will welcome you the same śpiewa Avey w “Today’s Supernatural” (chociaż wszyscy zapamiętują i tak tylko lelelele…). Animal Collective przebrało się za radio. Nadal brzmi zachwycająco.

Katarzyna Borowiec


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (12 głosów, średnio: 6,25 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.