14.11.2011 07:30

Autor: Jakub Jaworudzki

Amon Amarth – “Surtur Rising”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy: |


Amon Amarth – “Surtur Rising”
Metal Blade Records/2011

Żeglując przez morze ognia.

Już z pierwszym, ostrym jak brzytwa, riffem wszystko staje się jasne. Nie ma tu miejsca na eksperymenty, słodkie refreny czy lekkie tony. Nowa płyta wikińskiej piątki spod Sztokholmu z pewnością trafi w serca oddanych fanów. Ale czy przysporzy Amon Amarth jeszcze większej popularności?

Istnieją tylko dwa słowa, mogące najpełniej oddać charakter tej płyty, nie wykluczające się nawzajem: siła i melodia. Nietrudno znaleźć tutaj całą masę nisko strojonych gitar, których wagi nie sposób zliczyć. A do tego album pełen jest świetnie skrojonych melodii, które ciągną ten ciężar do przodu, na jeden z trzech sposobów. Ale o tym później.

Utwór otwierający całość, “War Of The Gods”, z całą pewnością wywołuje uśmiech na twarzy potencjalnego słuchacza. Tak właśnie powinno być. Chociaż ciekawostek jest na tej płycie niewiele, można wspomnieć o kilku cieszących ucho perełkach. Jeden z nich to bez wątpienia niekonwencjonalne dźwięki pozamuzyczne, wykorzystane do urozmaicenia warstw, zarówno muzycznej, jak i tekstowej, wybranych numerów. I tak dla przykładu we wspomnianym już “War Of The Gods” da się usłyszeć bitewny zgiełk, który doskonale pasuje do klimatu tego utworu. Inaczej w “Töck’s Taunt – Lockes Treachery Part Two” zaserwowane dla połechtania czułego ucha odgłosy zwierząt, skrzypienie drzwi czy brzęki kajdan. Zdecydowanie te dodatki windują notowania tych nagrań do góry, dodając im klimatycznego posmaku.

Najnowsze dokonanie szwedzkich muzyków to dość zróżnicowany materiał, jeśli wziąć pod uwagę różnice w tempach poszczególnych utworów. Nietrudno się domyślić, że mamy tu zatem szybkie, średnie i wolne numery. A przypominają one, odpowiednio,  mknący przed siebie z ogromną prędkością skład towarowy, wiozący stal i beton czy setki maszerujących żołnierzy, miarowo wybijających rytm podkutymi buciorami. Najwolniejsze z dostarczonych kawałków można obrazowo przedstawić jako wolno sunące przed siebie kolumny pancerne (np. “Slaves Of Fear”).

Te obrazowe porównania nie biorą się znikąd. Wywołują je właśnie melodie ustawione na czele potężnych ciężarów partii rytmicznych, w niebywały sposób zmuszając je do ruchu. Mimo jednoznacznie intensywnych partii bębnów, to gitary są na tej płycie końmi pociągowymi. Można pokusić się o stwierdzenie, że para gitarzystów, Olavi Mikkonen i Johan Söderberg, wykonali na tej płycie kawał dobrej roboty.

Na pierwszy singiel wybrano numer “Destroyer of The Universe”, który chyba w najdokładniejszy, sposób obrazuje potencjał wikingów u progu kolejnej dekady metalowego grania. Szybki utwór, przypominający konstrukcją riffów starą szkołę trash metalu, okraszono solówkami w dobrym skandynawskim stylu.

Tekstowo album jest jednakowo spójny, podobnie jak wcześniejsze dokonania grupy. Ogólnoskandynawska tradycja wikińska oraz mitologia wydają się niewyczerpanym źródłem inspiracji dla frontmana Johana Hegga (weźmy chociażby “The Last Stand of Frey”). Wokalnie kontynuuje on dawno obraną już ścieżkę, w zasadzie używając dwóch jedynie efektów głosu: niskiego i bardzo niskiego growlu. Tym samym, mógłby niektórym przypominać niedźwiedzia, gdyby tylko niedźwiedzie umiały mówić.

Niestety, na najnowszym albumie Amon Amarth nie obyło się też bez wpadek. Nie sposób uwolnić się zwłaszcza od jednej myśli, tej o powtarzalności materiału. Podczas gdy “For Victory or Death” niepowstrzymanie prze do przodu, można zastanawiać się jak długo da się pisać identyczne niemal kawałki na kolejnych płytach. Tym samym, w pełni zgadzam się ze zdaniem, że jeśli znasz dwie płyty szwedzkiego zespołu, to znasz je wszystkie. Zwłaszcza kiedy mowa o ostatnich ich dokonaniach.

Warto na zakończenie poświecić kilka słów na opisanie tego, co czeka na słuchacza tuż przed końcem płyty. Zakończenie wolnego “The Best I Am” wydaje się równie udane, jak efekt przygaszeni”, otwierający “Wrath of the Norsemen”. To pierwsze spełnia jeszcze jedną rolę – wprowadza kolejny kawałek, również utrzymany w zdecydowanie wolniejszym tempie “Doom Over Dead Man”. Ten z kolei wita dźwiękami smyczków, które wraz z nieco ujarzmionymi gitarami wypadają nad wyraz poprawnie. Miłym zaskoczeniem jest również znaczna zmiana w dynamice utworu tuż przed jego końcem.

Jako bonus, Szwedzi pokusili się o cover, którego wybór może zadziwić oddanych fanów gatunku. Gdzie tam piątce sympatyków wikingów do nowatorskiego grania System Of A Down?! A jednak bonus to “Aerials”, utwór znakomicie zamykający opus magnum amerykańskiej gwiazdy, album “Toxicity”. Mając w pamięci oryginał, trudno uznać wykonanie muzyków Amon Amarth za udane. Lekkie i przestrzenne brzmienie zostało tu sprasowane i stłoczono w typowo metalowej produkcji. Oznacza to, że coverowany numer utracił swoje najlepsze cechy. Chociaż wokalnie Johan Hegg zdobył się na drobny eksperyment i tak nie dotrzymał kroku w tej kwestii Serjowi Tankianowi. A szkoda. Być może chłodna akustyczna wersja wypadłaby tutaj o niebo lepiej, nie wywołując tym samym gniewu bogów.

Jakub Jaworudzki


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (10 głosów, średnio: 6,00 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.