24.06.2014 13:00

Autor: Szymon

Alternatywne Wianki w Krakowie

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | |


Alternatywne Wianki w Krakowie
21.06.2014/Kraków

Podniebny labirynt Patrick the Pan i podwodne fajerwerki Bokki.

Tegoroczne alternatywne Wianki sprawiły, że czułem się jak na prawdziwym festiwalu muzycznym. Biegałem pomiędzy scenami w rzeczywistości nie zmieniając znacznie swojego położenia. Miałem wrażenie jakby to trwało co najmniej ze trzy dni, a tak naprawdę wszystko zamknęło się w zaledwie jednym popołudniu. Każdy z sobotnich koncertów był inny. Jak w kalejdoskopie zmieniała się pogoda, publiczność i występujący na scenie muzycy. Najpierw uleciałem w obłoki, by potem swobodnie opaść i dać nura w wodę. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszej rozgrzewki przed festiwalowym latem.

Podniebny labirynt Patrick the Pan

Przygodę z Wiankami rozpocząłem od spaceru po labiryncie dźwięków Patrick the Pan. Chwilę kluczyłem po świecie muzycznej wyobraźni Piotra Madeja i ku mojemu zaskoczeniu z tej gmatwaniny wyłoniła się postać dość interesującego artysty. Nie byłem jedyną osobą, która tego popołudnia podążyła za nim. Nieopodal fontanny, wokół posągu Patrick the Pan, zgromadziła się całkiem spora grupa fanów. Choć zajęła pozycje siedząco-piknikowe, a nawet horyzontalne (sam takiej spróbowałem), to z duża atencją słuchała koncertu. Kilka chmurek na tle błękitnego nieba (w tym samym kolorze, co jedna z gitar) i powoli zachodzące słońce idealnie komponowały się z dźwiękami muzyki. Już na początku koncertu Patrick the Pan Piotr Madej przeprosił za małą pauzę, gdyż spodziewał się bardzo ważnej wiadomości tekstowej. W przerwie między utworami schylił się na chwilę, spojrzał na ekran swojego telefonu komórkowego i zaraz potem podzielił się z publicznością radosną nowiną. Patrick the Pan dołączył do ekipy Męskiego Grania. Zgromadzeni na placu Szczepańskim miłośnicy alternatywnych dźwięków nagrodzili go aplauzem. Rozochocony dobrą wiadomością zespół od razu z entuzjazmem podszedł do dalszej części koncertu. W muzyków wstąpiła pewność siebie i swoboda weteranów. Patrick the Pan raz przeistaczali się w José Gonzáleza, by za chwilę przybrać postać Thoma Yorke’a. Wyglądem i sposobem zachowania na scenie Madej przypominał mi Bena Howarda (a może to kolor nieba skojarzył mi się z występem Anglika na Coachelli?), lecz co ciekawe jednocześnie był sobą. Poza utworami z albumu “Something of an End” (m.in. singlowym “Bubbles”) podzielili się też z publicznością swoją nową kompozycją “Dare”, roboczo nazywaną “Darek”. Przez chwilę słuchałem Radiohead w najlepszej formie. Wyraziste dźwięki instrumentów (ta gitara!) Patrick the Pan na dobre wytarły w mojej pamięci ścieżkę, którą trzeba przejść, żeby dotrzeć do serca labiryntu. Na pewno podążę nią jeszcze nie jeden raz. Koncert zakończył się prostującym zwoje mózgowe noisem i ruszyłem w kierunku pobliskich, jeszcze nasłonecznionych ogródków.

Nur w muzykę Bokki

Mimo że słońce już niemal zaszło, gdy Bokka pojawiła się na scenie, to Plac Szczepański w jednej chwili wypełnił się po brzegi. Ze zdziwieniem oglądałem się za siebie i zadawałem sobie pytanie jak to możliwe? Początkowo część publiki słuchała koncertu na stojąco, a część na siedząco, lecz wraz  upływem czasu ludzie przyciągani tajemnicą i magnetyzmem Bokki wstawali i przesuwali się w kierunku barierek. Też nie mogłem się oprzeć sile przyciągania zespołu i podpłynąłem do wykonawców. Czułem się jak na festiwalu w Szwecji i to nie tylko sprawa muzyki, jaką serwowali (kojarzącej się z twórczością Fever Ray i The Knife), ale też dlatego, że dość swobodnie mogłem skakać, tańczyć i poruszać się w pobliżu sceny. Ubrana w białe uniformy i maski do nurkowania, milcząca (bo komunikowała się z publiką tylko z pomocą słów wyświetlanych na ekranie ) i zarazem ekspresyjna Bokka sprawiła, że krakowska wiankowa publiczność bardzo szybko zanurzyła się w ich muzyce. Dałem nura i ja. Zacząłem się też zastanawiać czemu tak chwytliwy fajerwerk jak “Reason” (po koncercie podśpiewywała go moja koleżanka z Australii Jay) nie przebił swoją popularnością poprzedniego singla zespołu? Wypłynąłem dopiero w finale, kiedy wybrzmiało ponownie “Town of Strangers” (tym razem zremiksowane) i chyba nie pomyliłem akwenu, choć mógłbym przysiąc, że słyszę Orbital (brawa za nagłośnie koncertów!). Pluskałbym się z wielką chęcią dłużej w dźwiękach Bokki, publiczność też zdecydowanie domagała się bisów, lecz sztywny wiankowy grafik to uniemożliwił (znów ta Szwecja bez bisów się kłania).

Brazyliana Zbigniewa Wodeckiego i Mitch & Mitch Orchestra and Choir

Niedługo później nastąpił dalszy ciąg koncertowania. Choć chmury zawisły nad Krakowem, to nie przeszkodziły one Zbigniewowi Wodeckiemu i Mitch & Mitch Orchestra and Choir w występie. Popłynęły dźwięki instrumentów małej orkiestry zgromadzonej na scenie i zaczęło też kapać z nieba. Plac Szczepański zakwitł parasolami. W międzyczasie doszło do wymiany sporej części publiczności. Wychwyciłem kilka młodych twarzy, ale dominowały osoby w wieku moich rodziców, ba nawet i dziadków. Tym razem muzyka połączyła pokolenia. Występujący na scenie artyści z kapitanem Wodeckim na czele dość umiejętnie dryblowali pomiędzy rozmaitymi stylami i epokami. Gdy wybrzmiały dźwięki zbliżone do bossanowy, chmury tak się w nich zasłuchały, że wstrzymały swoje niecne zamiary. Druga z moich koleżanek, z którą wybrałem się tego dnia na wiankowe koncerty – pochodząca z Brazylii Sarah – tańczyła teraz sambę! Jak się okazuje można na chwilę odejść od telewizora i jednocześnie pozostawać cały czas na mundialu.

Szymon Matlak




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.