Albo OffScena, albo klub festiwalowy
Kraków/2-11.05.2014

Relacja z muzycznej części festiwalu Off Plus Camera.

Katarzyna Borowiec: Off Plus Camera to nie tylko projekcje filmów – wśród wielu atrakcji organizatorzy postanowili zaoferować uczestnikom także koncerty, wybierając muzykę niezależną, dopasowaną do idei wydarzenia. Niestety tegoroczną OffScenę trapiło kilka poważnych problemów.

Przede wszystkim dziwi wybór miejsca – Lizard King to klub bardzo przyjemny, świetnie zorganizowany od strony akustycznej, jednak jeśli zapytać stałego bywalca alternatywnych koncertów w Krakowie o to, gdzie je znajduje, nie sądzę, żeby wymienił ten lokal przy ulicy św. Tomasza. W Lizardzie wiszą takie kwiatki jak plakaty Golden Life i Lady Pank z autografami, całość ma – pieczołowicie zresztą stworzony – wizerunek miejsca dedykowanego fanom klasyki rocka, co z nowymi prądami, alternatywą i niezależnością ma niestety niewiele wspólnego. Dowodem na to niechaj będzie gratisowy, bo nie uwzględniony w programie OffSceny, występ na finał festiwalu – w niedzielę wieczorem po przewidzianym w planie koncercie Lily Hate Roses na scenie pojawił się klasyczny rockowy skład… Panowie wyglądali nieco zadziornie, buńczucznie zapowiedzieli też, że wszystko co dobre i ładne już się na tej scenie skończyło. Brzmiało to nieco jak punkowe wyzwanie, ale okazało się, że należy te słowa potraktować po prostu dosłownie – zespół, albo raczej żenujący cover band, zagrał kawałek Coldplaya. Potem zabrali się za “Personal Jesus”, a potem nie wiem, bo wyszłam. Pewnie, że cover bandy to radosna rozrywka, ale może nie przy takiej okazji?… Bo to trochę tak, jakby w programie filmowym pojawił się “Spiderman 2″, (albo raczej jakaś jego polska wersja).

Nie to jednak było najgorsze. Otóż całkowitą katastrofą okazało się połączenie klubu festiwalowego z miejscem koncertowym. W Lizard Kingu sala ze stolikami i scena znajdują się właściwie w jednym miejscu, jedynym zakamarkiem na uboczu jest zakątek dla palących (dla porównania np. w Klubie Re scena jest oddzielona od reszty sal). Efekt – uczestnicy festiwalu, którzy przybyli na ploteczki i podrywanie aktorów skutecznie uniemożliwiali słuchanie koncertów, zwłaszcza tych cichszych i delikatniejszych. Widzę dwa sposoby zaradzenia tej niezręcznej sytuacji: 1) zmieniamy miejsce OffSceny lub 2) zapraszamy jedynie zespoły grające shoegaze lub noise. Taki Merzbow bez problemu nauczyłby ludzi, żeby, za przeproszeniem, nie drzeć ryja, kiedy ktoś usiłuje występować.

Jakub Buszek: Owszem, to wszystko prawda. Pozostaje jednak problem: gdzie, jeżeli nie w Lizardzie w przyszłym roku miałyby się odbywać koncerty, jeżeli line-up byłby podobny do tegorocznego? W grę wchodzą przecież chyba wyłącznie kluby w okolicach rynku (tak, by łatwo dotrzeć po seansie z jednego z kilku pobliskich kin). Re jest zdecydowanie zbyt małe, dobra jest Alchemia, niestety klub znajduje się na Kazimierzu. Co do elektronicznego noise’u wydaje mi się, że raczej nie pasuje do tego typu imprezy, a idealnym festiwalem do prezentacji takiej muzyki jest Unsound. Lepiej powinno się sprawdzić różnej maści gitarowe granie, czy to post rock, czy właśnie shoegaze. Innym rozwiązaniem jest wprowadzenie tanich wejść biletowanych. Portfele fanów nie zostałyby znacznie uszczuplone, a być może w ten sposób na występy nie trafiłyby przypadkowe osoby “z ulicy”.

Katarzyna Borowiec: To może przejdźmy do relacji…

Muzyczne atrakcje festiwalu zaczęły się już pierwszego dnia – podczas uroczystej gali otwarcia w Kinie Kijów wystąpił Andrzej Smolik wraz z zespołem. Jego przyjemny trip-hop zakłócała nieco Katarzyna Kurzawska, ale może to czysto subiektywne wrażenie – nie jestem szczególną fanką tego rodzaju żeńskiego wokalu. Ciekawiej zrobiło się, kiedy na scenę wparował Kev Fox, wspaniale dopełniając elektroniczne fantazje Smolika swoją gitarą i silnym wokalem.

Zanim jednak opowiemy o koncertach na OffScenie, muszę wspomnieć o jeszcze jednej niedogodności organizacyjnej – nie wiadomo, po co był układany dzienny plan występów (z resztą w książeczkach z programem całkiem słusznie w ogóle go nie było…), ponieważ godziny w praktyce nigdy nie odpowiadały tym zapowiedzianym. Ani jeden koncert nie zaczął się o 21:00, nie wspominając już o kolejnych, jeśli zaś chodzi o kolejność, ta również była inna niż ogłaszana w prezentowanych przed filmami kronikach. Ciężko również obejrzeć wszystkie koncerty, jeśli chce się korzystać z oferty filmowej, no ale to już mniej istotnie, w końcu to festiwal filmowy.

W sobotę, trzeciego maja, na OffScenie zaprezentował się Patrick the Pan, czyli krakowski muzyk Piotr Madej wraz z zespołem (perkusja, gitara, elektronika/klawisze). Panowie coraz lepiej i pewniej prezentują się na scenie – widziałam ich debiutancki występ – lider wypowiada się odważniej, kompozycje są bardziej dopracowane. Były też nowe utwory. Całość brzmiała jak to Patrick the Pan – trochę Myslovitz, trochę chcemy być Radiohead, ale ogólnie bardzo przyjemnie i klimatycznie. Niestety nie można tego powiedzieć o amerykańskim duecie The Golden Filter. Mamy naprawdę wystarczająco dużo słabych polskich elektronicznych duetów, po co zapraszać takowy z zagranicy – nie pojmuję. Zwłaszcza, że przy wyciu Penelope zaczęło mi się nawet wydawać, że na przykład Rebeka jest całkiem ok. Utwory takie rozlazłe, melodie takie nieudolne. Nieco lepiej robiło się, kiedy celowali bardziej w brzmienia dziwne, w których brak chwytliwości nie robił wrażenia braku pomysłu. Gdyby bardziej poszli w eksperyment, może dałoby się to jakoś znieść.

W niedzielę grał Baash – ze ścieżki dźwiękowej “Płynących wieżowców” i spoza niej, za każdym razem tak samo okropnie. Przynajmniej jeśli ktoś nie jest fanem chaotycznego, na pół wykrzykiwanego wokalu i rozdygotanej elektroniki. Porządzili za to The Natural Born Chillers, udowadniając, że fantazję i świetne pomysły mieli nie tylko podczas wymyślania nazwy. Moje serce podbili już pierwszym kawałkiem, remiksując “Maid Freed from Gallows” z repertuaru Johna Jacoba Nilesa, utwór fanom filmu znany ze znakomitego dzieła Harmony’ego Korine, “Mister Lonely”. Później nie było gorzej, za wokal zabrał się wokalista, na chwilę oddając mikrofon Jaśminie Polak (aktorka, debiutowała w  ”Hardkor Disko”), która ma wprawdzie ładniejszy głos, kiedy mówi, ale to wcale nie znaczy, że kiedy śpiewa ma nieładny. Muzyka zespołu jest przerażająco zaraźliwie taneczna, pełna energii i porywająca.
Gwiazdą wieczoru był duet Grasscut. Nieco eteryczne, pełne pięknych sampli utwory zespołu, zgrabnie łączące gitary, elektronikę i wysoki wokal męski niestety uporczywie zagłuszała paplająca publiczność.

Najgorzej jednak było podczas koncertu Petera Brodericka. Delikatna muzyka, kompilowana z warstw rejestrowanych na bieżąco przy pomocy sekwencera nie była w stanie przebić się przez nieustanny szum rozmów. Artysta miał do dyspozycji swój głos, przy czym często posługuje się melorecytacją i szeptem, dość cichą gitarę, skrzypce i klawisze. Jakby mało było bezczelnych klubowiczów, dodatkowo miał problemy z kablami – pojawiły się zniekształcenia dźwięku i na jakiś czas artysta zrezygnował z nagrywania na żywo. W pewnym momencie na scenę wkroczyła też zbulwersowana fanka, apelując o przyzwoite zachowanie, niestety ten protest nie zdał się na wiele. Mimo wszystko muzyk docenił fanów usiłujących go słuchać i zagrał na bis, między innymi na prośbę publiczności fragment “Snowflake” i na zakończenie “Hello to Nils” ze zmodyfikowanym wersem – time heals all the talking people…

Całkiem nieźle z dręczącym hałasem poradzili sobie za to Arms and Sleepers, prezentując hipnotyczną mieszankę trip-hopu i nieco delikatniejszej elektroniki. Panowie grali też najnowsze utwory. Czasami bardziej melancholijnie, czasami wplatając mocniejsze rytmy, doskonale rozbujali publiczność.

Jakub Buszek: Na festiwalu pojawiłem się dopiero w poniedziałek, co pozbawiło mnie oglądania występów między innymi Jaya Leightona, Patricka The Pana i Grasscut. Moja OffScena zaczęła się więc dopiero od koncertu Włodka Kiniorskiego z pochodzącym z Białorusi wirtuozem akordeonu guzikowego Yegorem Zabelovem. Panowie zaproponowali wycieczkę w świat dźwięków, które ciężko określić za pomocą jednej nazwy. Jazz? Muzyka etniczna? Elektronika? Wszystko to i jeszcze trochę… Bogate instrumentarium Kiniora, jego wokalne improwizacje i zagajenia do publiczności, wymiatanie Zabelova, a także ciekawy materiał, pochodzący z niewydanej, wspólnej płyty muzyków. To wszystko sprawiło, że koncert duetu należał do tych, które szybko nie ulecą z pamięci.
Ostatnim artystą tego wieczoru był znany z duetu UL/KR Błażej Król, którego projekt solowy na żywo wypada całkiem nieźle, choć o większych zaskoczeniach i zachwytach mowy być nie może. Dobre piosenki, dobre wykonanie, a także publiczność nie zawsze interesująca się tym, co akurat dzieje się na scenie. Pojawiło się kilka wyczekiwanych przez część słuchaczy kawałków, w tym oczywiście singlowe “Szczenię”. Nie były jednak one w stanie sprowokować rzęsistych oklasków.

We wtorek w Lizard Kingu zagrali The Awarians. Osobą przykuwającą od razu uwagę jest frontman zespołu, Amerykanin, Christopher B. Jego wokalna interpretacja ogranicza się raczej do melorecytacji i czegoś przypominającego rapowanie. Wcale nie przeszkadzało to jednak w odbiorze utworów. 2 gitary, bębny, a także dodatkowy damski wokal – tak wygląda koncertowy skład grupy. Jak to brzmiało? Przede wszystkim rockowo, choć zdarzały się również wycieczki stylistyczne w stronę chociażby Red Hotowego funkowania. Po przerwie Lizardem próbowali zatrząść Bad Light District. Nie do końca jednak im się to udało, w zasadzie nie wiem czemu. Mam wrażenie, że w innych warunkach, w mniejszym klubie odbiór występu byłby inny, lepszy. A może panowie mieli po prostu gorszy dzień. Nie zrozumcie mnie źle, brzmiało to nieźle, ale właśnie – było “tylko” poprawnie.

Niezłą imprezę, mogącą stanowić przedsmak Juwenaliów rozkręcili Babu Król, czyli Budyń i Bajzel w rozszerzonym, nowym składzie (do kapeli dołączyli Aleksander Orłowski na perkusji oraz Zofia Chabiera, która “dawała głos” oraz zręcznie operowała smyczkiem). Mnie to nie do końca przekonywało, choć publika bawiła się świetnie, sporo ludu pląsało pod sceną w szaleńczym tańcu, będącym momentami pogo i nie zrażała jej również specyficzna, również juwenaliowa konferansjerka byłego wokalisty Pogodna. Były cytaty – z Marleya (“Redemption Song”) oraz Guns N’ Roses (“Paradise City”). Obu wykonawców nie znoszę, doczekawszy więc końca występu, z mściwą satysfakcją, że nareszcie koniec, ruszyłem do wyjścia.

Środa to między innymi Cinemon. Michał Wójcik, Kuba Pałka i Kuba Tracz zaprezentowali solidną dawkę “raw pop rock’n'rolla” (określenie zespołu), dając fajny koncert, nie tylko jak na przedskoczka, ale również w porównaniu do gwiazd. Kojarzyło się to trochę z The White Stripes (wokal), momentami trio bliskie było klimatom przypominającym Black Keys. Sporo było również jammowania. Brzmienie było rasowe, a realizatorowi dźwięku należą się duże pochwały.

L.Stadt dali koncert dużo lepszy od tego, jaki kiedyś widziałem na Off Festivalu. Od tego czasu trochę się zmieniło – ukazała się nowa EP-ka, zatytułowana “You Gotta Move” z coverami amerykańskich piosenek country. Dzięki temu set zyskał na różnorodności, grupa sprawia wrażenie bardziej zgranej, chyba pomógł wyjazd do Stanów. Odbiorcy mieli okazję doświadczyć na żywo między innymi “kawałka o papierosach”, a więc “Ciggies”, a także mojego ulubionego “Charmin/Lola” oraz “U.F.O. , w oryginale wykonywanego przez Jima Sullivana, a także chiltonowskiego “Take Care”.

Ładny, oszczędny w środkach wyrazu koncert usiłował dać Peter Broderick .Przeszkodziły mu niestety hałasy generowane przez bywalców klubu – brzęk szkła oraz gwar rozmów. Incydent, o którym można przeczytać wyżej, wcale nie pomógł. Przez chwilę było ciszej, niestety już po upływie minuty czy dwóch wszystko powróciło da stanu sprzed emocjonalnego apelu fanki muzyka. Mimo wszystko było dobrze, a mogło być jeszcze lepiej, piękniej. Szkoda…

Czwartkowy koncert Arms And Sleepers był już nieco inny. Przede wszystkim zmieniła się głośność. Max Lewis i Mirza Ramic, być może uprzedzeni prze organizatorów, trochę pohałasowali, w sposób przykuwający uwagę słuchaczy. Dodatkowy element show duetu stanowią wizualizacje, które są idealnym dopełnieniem płynących ze sceny, hipnotyzujących dźwięków.

Katarzyna Borowiec: Na gali zamknięcia ponownie pojawił się Patrick the Pan, tym razem tylko pod postacią lidera i “ogarniacza” od elektroniki o zacnym imieniu Justyn, w towarzystwie Misi Furtak. Wokaliści wspólnie przygotowali miłą niespodziankę – zestaw coverów piosenek pochodzących ze słynnych filmów. Usłyszeliśmy “Scarborough Fair”, tradycyjną piosenkę angielską, najlepiej znaną z wersji wykonywanej przez Simona i Garfunkela  na ścieżce dźwiękowej do filmu “Absolwent”, “A Real Hero” z repertuaru College z hitowego soundtracku “Drive” Nicholasa Windinga Refna i prześliczną “Moon Song” z “Her” Spike’a Jonze. Najciekawiej zabrzmiało “Lust for Life” Iggy’ego Popa, podkład do szalonego clubbingu w “Trainspotting”, w wersji Misi i Piotra spokojniejsze i nieco melancholijne. Patrick the Pan zaśpiewał ponadto “Bubbles”, na tle teledysku, a Misia “Kartonem”. Paradoksalnie głos wokalistki we wszystkich coverach brzmiał świetnie, a w jej własnym stał się niebywale irytujący. Utwór ten jest wyjątkowo słaby, co szczególnie jaskrawo wybrzmiało na tle pozostałych piosenek – szkoda, bo Misię z pewnością stać na więcej.

Jakub Buszek: W mniej więcej tym samym czasie, w którym odbywała się gala zamknięcia, w klubie festiwalowym grały The Silver OwlsWe Call It A Sound. I o ile ci pierwsi sprawili się dobrze, to występ We Call It A Sound był raczej marny. Do tego stopnia, że musiałem wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza, a następnie już po powrocie jak najszybciej napić się piwa, by poradzić sobie z molestującymi mnie odgłosami, dochodzącymi z sali koncertowej. Mogę się tylko domyślać, co jest problemem braci Majerowskich, na płytach nie jest przecież aż tak źle. Może wokal?

Na całe szczęście, ostatnim zespołem tego wieczoru był Flunk. I był to zdecydowany highlight całej imprezy. Nareszcie wszyscy słuchali, a przynajmniej takie miałem wrażenie. Zróżnicowana setlista zawierała oczywiście takie hity jak “Personal Stereo” czy przeróbkę “Blue Monday” New Order. Magia pojawiła się, gdy zabrzmiał cover “Always On My Mind”, przygotowany specjalnie dla krakowskiej publiczności. Anja pięknie śpiewała, a zespół grał ciekawie, nie poprzestając wyłącznie na wykonywaniu wersji jak najbardziej zbliżonych do albumowych.

Katarzyna Borowiec: Finalnym występem był wspomniany koncert Lily Hate Roses – krakowskiego damsko-męskiego duetu na dwa wokale, gitarę i szczyptę klawiszy. Słyszałam ich już kiedyś, ale czy to oszołomienie po tygodniu festiwalu, czy nieco melancholijny nastrój kończenia świetnej imprezy filmowej sprawiły, że muzyka zespołu zrobiła na mnie o wiele lepsze wrażenie niż poprzednio. Ich piosenki może nie są specjalnie odkrywcze, ale za to przesłodkie. Every little thing’s gonna be alright one day śpiewali ze sceny i byli przy tym bardzo przekonujący – napełniali otuchą i spokojem. Byłoby to perfekcyjne zakończenie festiwalu…

Ale, jak wspomniałam wcześniej, po nich na scenę wkroczył cover band. I tak było z OffSceną – mogło być pięknie. Trzymam kciuki za poprawę w przyszłym roku.

Katarzyna Borowiec i Jakub Buszek




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.