4. edycja Soundrive Fest za nami – relacja i zdjęcia

Ewelina i Jarek rozmawiają o tegorocznej edycji festiwalu na terenie Stoczni Gdańskiej.

DZIEŃ 1

Ewelina: Pierwszy dzień Soundrive Festu rozpoczęłam od 30daysofline, którzy pozytywnie mnie zaskoczyli. Nie dość, że zaprezentowali się bardzo energicznie i wesoło, to jeszcze mieli fajny kontakt z publicznością. Wprawdzie nie była to pełna sala (był to koncert otwierający cały festiwal), ale ci, którzy tupali nóżką do kolejnych piosenek mogą czuć się ukontentowani. Na telebimie znajdującym się za zespołem mogliśmy zobaczyć filmiki z (jak mniemam) wspólnych wypadów zespołu. Posłuchaliśmy więc ich utworów “Pan Lucas George”, “Historia Prosta” i “Lola Van Damme”. Wokalista mówił, że przeważnie grają na zewnątrz i mają tu trochę mało miejsca do podrygiwania, ale i tak dali z siebie wszystko. Świetny, pozytywny koncert!
Niestety o Bad Breeding, którzy grali na dużej scenie nie mam już tak dobrego zdania. I nie chodzi tu o samą muzykę, a o to, jak zespół prezentował się na scenie. Ja rozumiem, że punk i te sprawy. Że trzeba się powyginać, poszaleć, pokrzyczeć na publiczność, ale wokalista co piosenkę był na kolanach i darł japę do podłogi. Muzycznie – miód na moje żądne hałasu uszy, wizualnie – pozostawia wiele do życzenia. Ale i tak będzie słuchane.

Jarek: Dla mnie festiwal zaczął się właśnie od tego koncertu i chociaż miałem wrażenie, że na scenie pojawiła się dokładna kopia Pissed Jeans, to moja słabość do garażowego grania nie pozwoliła mi nie czerpać przyjemności z tych dźwięków. Tarzanie się po podłodze przypominało trochę scenę z filmu klasy Z – “Something Weird”, w której główny bohater walczy z niby nawiedzonym kocykiem. Podobnie jak nie sposób było uwierzyć w opętane tekstylia, nie mogłem przekonać się do szczerości tej scenicznej gimnastyki. Taki tam pretensjonalny performance, ale muzyka się wybroniła.

E: Po BB przenieśliśmy się na Małą Scenę, gdzie grała trójmiejska Wilga. O ile nie przepadałam za nimi w studyjnym wydaniu, o tyle przekonali mnie do siebie na koncercie. Ich utwory płynnie przechodziły jeden w drugi. Na żywo Wilga prezentuje się o wiele mniej monotonnie. Było głośno i ciekawie. Od basu drżała każda moja cząsteczka – jak drżą ci spodnie to jest dobrze.

J: Ja jeszcze w międzyczasie zaliczyłem występ Destructive Daisy przed klubem B90. To też mocno garażowe granie, ale ciążące bardziej ku grunge’owi niż punk rockowi. Mam ogromną słabość do tej kapeli i nie jest to słabość irracjonalna, choć pojawiają się głosy, że to przesadnie prosta muzyka. Dla mnie jest po prostu szczera, a to mnie pobudza znacznie intensywniej niż techniczne fajerwerki. Zresztą do Wilgi też mam słabość i też uzasadnioną – to jedna z najlepiej komponujących młodych kapel w Polsce z jednym z najlepszych polskich perkusistów w składzie, który na festiwalu pojawił się jeszcze wraz z zespołem Kurtz. Reprezentacja Trójmiasta była na Soundrive bardzo silna.

E: O, z tym się zgodzę. Na festiwalu pojawiło się kilku trójmiejskich artystów i wszyscy zagrali naprawdę dobre koncerty!
Po Wildze przyszedł czas na East India Youth. William Doyle był pod krawatem, elegancki, zrobiony. Co jest w pewnym sensie przeciwieństwem jego muzyki, która mogłaby uchodzić za taką bez ogłady. Pan był sam i bawił się swoimi zabawkami: padami, syntezatorem, gitarą, mackiem. Momentami było za spokojnie jak na electro, ale kiedy w grę wchodziła gitara, wszystko nagle zyskiwało na mocy. EIY zafundował nam fajną namiastkę imprezy, a przy “Dripping Down” wytworzyła się nawet niezła wiksa. Jednak w mojej pamięci zostaną też motywy rodem z disco polo…

J: To jeden z moich ulubionych występów na festiwalu. Słucham East India Youth od pierwszego albumu, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że Doyle może być tak żywiołowy na scenie. Spodziewałem się  skromnego chłopca z grzywką wpatrzonego w ekran komputera, a tymczasem szaleństwo sięgnęło tak wysokiego poziomu, że aż syntezator spadł ze sceny. Po tym występie kilka utworów z “Culture of Volume” zaczęło mi się znacznie bardziej podobać, na albumie gitara jest mocno wpasowana w elektronikę i traci przez to na sile, na żywo została znakomicie wyeksponowana.

E: Zawitałam na moment na Aiodine, duet z Trójmiasta, który prezentował się na scenie na zewnątrz klubu, na Ulicy Elektryków. Cóż, zbyt wiele do zaoferowania nie mieli. Cytując koleżankę z redakcji: brzmią jak muzyka puszczana w klubie o 5 rano, aby przepędzić resztkę pijanych ludzi. Ale melodie grane na gitarze były całkiem do przyjęcia.
Małe Miasta natomiast sobie odpuściłam, bo nie są warci mojego czasu. Wolałam wtedy porozmawiać ze znajomymi, pozwiedzać klub (który już bardzo dobrze znam), wypić piwo, skoczyć do toalety, popatrzeć na pustą Dużą Scenę, poobserwować ludzi i zaczekać na Drenge.

J: Przyznam, że East India Youth wciągnęło mnie do tego stopnia, że straciłem rachubę czasu i na koncert Aiodine ledwo zdążyłem, a z Małymi Miastami postanowiłem się zmierzyć i przegrałem to starcie po dwóch kawałkach.  Zresztą z rapowaniem po polsku mierzę się od lat i poza A.J.K.S., kilkoma kawałkami Rap Addix i kilkoma Kalibra niczego nie potrafię przyswoić.

E: Jak dla mnie “to nie jest hip hop”, to nawet obok hip-hopu nie stało. Jako fanka rapu, będę go bronić przez czymś takim jak Małe Miasta. I wcale Ci się nie dziwię, że przegrałeś to starcie.
Jeśli chodzi o Drenge to byłam żywo zainteresowana tym, co pokażą na scenie. A pokazali się od naprawdę fajnej strony. Ich koncert był czystą rock’n'rollową zajawką, pełną pozytywnej energii. Było kolorowo, gitarowo, tanecznie, ale nie zabrakło też czegoś spokojniejszego. Zespół gra proste, nieskomplikowane piosenki, ale i tak ich występ można zaliczyć do bardzo udanych.

J: To było dla mnie największe zaskoczenie festiwalu – album zupełnie przeciętny, bardzo odtwórcze Indie-rockowe pitu pitu, a na żywo klękajcie narody. Mam wrażenie, że producentowi “Undertow” bardzo zależało na ugrzecznieniu brzmienia Drenge, a ich natura jest bez porównania bardziej drapieżna. W końcówce trochę przynudzili dramatyczną balladą i standardowym wciskaniem gitar we wzmacniacze, ale poza tymi kilkoma minutami znakomity występ.

E: Najbardziej tego dnia czekałam na We Draw A, których miałam już okazję słuchać na żywo. O duecie z Wrocławia można powiedzieć jedno – wspaniale budują swoje utwory. Przy tym subtelnym rave’ie można było zamknąć oczy i odlecieć. Odleciałam tak bardzo, że zostałam na ich całym koncercie, spóźniając się na Glass Animals.

J: A ja się z kolei spóźniłem na We Draw A i trochę żałuję, bo ledwo wczułem się w atmosferę, a już trzeba było iść dalej. Trzeba było, bo Glass Animals nie mogłem za nic przegapić. Nie stałem wprawdzie w pierwszym rzędzie i nie zdzierałem gardła jak niektóre fanki, ale album “Zaba” znam niemal na pamięć i bardzo chciałem usłyszeć go na żywo. Mnie zaskoczył wizerunek zespołu, miałem wrażenie, że cofnąłem się do lat 90. Dave Bayley wygląda jak żywcem wyciągnięty z boysbandu, a jego kocie ruchu najpierw wydawały mi się komiczne, później hipnotyczne. Zostałem w całości wchłonięty przez ten występ i emocjonalnie dotknięty. Cholera, chyba też jestem grouppie Glass Animals.

E: Ja aż tak entuzjastycznie nie podchodziłam do tego koncertu. Wprawdzie “Zabę” uważam za jedną z najlepszych płyt ubiegłego roku, jednak na scenie zespół z Oxfordu nie zaskoczył mnie niczym, czego bym jeszcze nie słyszała. A nie, jedna rzecz mnie zaskoczyła – perkusja znajdowała się po prawej stronie sceny, a nie po środku, tak jak u wszystkich. Glass Animals zagrali całkiem przyjemny koncert, wszystko brzmiało niemal tak jak na ich debiutanckiej płycie, którą miałam okazję recenzować. Publiczność dopisała, a i kontakt zespołu z nią był naprawdę dobry. Szkoda, że zamiast wyświetlania koncertu na telebimach pojawiły się wizualizacje. To chyba jedyny koncert, podczas którego tak postąpiono. Ty zostaniesz grouppie Glass Animals , a ja chyba We Draw A :)

DZIEŃ 2

J: Ten dzień zacząłem od Oslo Kill City… No coś tam grali, ale co to było? To przyjemna i poprawna muzyka w momencie odsłuchiwania, ale zostaje w sali po jej opuszczeniu, bez choćby kilku dźwięków utrwalonych w pamięci. Thomston zaczął natomiast tam, gdzie Glass Animals dzień wcześniej skończyli. Znowu wokalno-wizualny powrót do przeszłości i znowu na znakomitym poziomie. To trochę taki Justin Bieber dla bardziej wymagającego odbiorcy i chociaż brzmi to jak zarzut, w rzeczywistości jest komplementem. Dla mnie był to jeden z lepszych występów na festiwalu.

E: Ja niestety nie zdążyłam na Thomston (i po Twoich słowach teraz tego żałuję). Swoją przygodę z Soundrive dnia drugiego rozpoczęłam od koncertu Coals. Zostaliśmy zasypani pięknymi dźwiękami. Ona i on – uzupełniają się wspaniale. Spokojnie płynęliśmy przez kolejne utwory, gdzie słuchać inspiracje islandzkimi brzmieniami. Swoją drogą to ciekawa moda jest od jakiegoś czasu na producenta + wokalistkę. To chyba najbardziej nieśmiała i urocza para tego festiwalu. Pan zagadywał, pani również. Było też delikatnie folkowo. Ach, więcej takiej muzyki w Polsce.

J: Połączenie rzeczywiście już trochę wyświechtane, a jednak bardzo świeże, znacznie bardziej niż się spodziewałem po materiale studyjnym. To jeden z najlepszych przykładów na to, że na festiwalu Soundrive polskie projekty nie są tylko dodatkami wypełniającymi czas potrzebny ekipie technicznej na przygotowanie dużej sceny. Gdyby wystawić Coals w sali obok i podpisać jako utalentowany duet z Islandii, nikt nawet nie próbowałby tego podważyć.

E: Masz rację! Polska reprezentacja w tym roku była niezwykle silna. Część z nich spokojnie mogłaby konkurować o miejsce na większej scenie.
Z Coals musiałam się jednak urwać na All We Are. Umarłabym, gdybym nie zobaczyła ich w całości. Po świetnej debiutanckiej płycie przyszedł czas na konfrontację w wersji live. I tak, to był najlepszy koncert tego festiwalu. Trio dało z siebie wszystko. Wokalistka z wielką gitarą, perkusista, który śpiewa i gitarzysta podśpiewujący chórki to mój nr 1. Było dream-popowo, pięknie, uroczo, subtelnie, z energią i fajnym kontaktem z publiką. Zespół zaprezentował świetny cover Caribou “Can’t Do Without You” i dwa nowe utwory, które tylko potwierdzają, że tak dobra płyta nie była wypadkiem przy pracy. Jak tak dalej pójdzie, to zajdą naprawdę daleko. All We Are mają talent do pisania lekkich piosenek, które zaaranżowane są w interesujący sposób. Nie mogę już się doczekać ich kolejnego koncertu w Polsce i nowych piosenek w wersji studyjnej.

J: Nie wiem dlaczego, ale nie przesłuchałem ich pierwszego krążka, a kiedy zobaczyłem, że są w festiwalowej rozpisce, postanowiłem poznać ich w pierwszej kolejności na żywo i faktycznie mają olbrzymi talent w komponowaniu skocznych kawałków. Na Glass Animals dominowało rytmiczne bujania się i obściskiwanie pod sceną, tutaj cała sala tańczyła i była to naprawdę cała sala, mimo że All We Are grali dopiero jako drugi zespół na dużej scenie.

E: A najfajniejsze jest to, że wiele osób, które bawiły się na koncercie, dokładnie znało piosenki tej trójki. Publiczność zna się na rzeczy!
Jeśli chodzi o Call the Sun to zagrali o wiele mocniej i głośniej niż jak wtedy, kiedy grali mi na YouTube. Na żywo wypadają lepiej, chociaż sypały się suchary i wstępy do piosenek w stylu: “tą piosenką zaskarbiliśmy sobie sympatię ludzi na festiwalach”. Ale piosenka mnie nie porwała. Powolne elektroniczne brzmienia wychodzą im lepiej niż te oklepane, Indie-rockowe. Cóż, Polska elektroniką stoi! Bez wokalu wszystko prezentowałoby się o wiele lepiej. W końcu uciekłam.

J: Ja tutaj zrobiłem bardzo krótki wypad. Gdzieś przy trzecim kawałku odniosłem wrażenie, że zespół w kółko coveruje sam siebie i chociaż były to całkiem solidne “covery”, to zabrakło mi motywacji do wysłuchania jeszcze kilku.

E: Hundred Waters grający na drugiej scenie pokazali klasę. Na wstępie zostaliśmy ogłuszeni basem, który lał po mordzie. Drżało wszystko. Ziemia, moje wnętrzności i zęby. Pani na wokalu posiada niesamowity głos. Była moc! I to nie tylko ta elektroniczna, ale też emocjonalna. To jedyny zespół, który przyjechał z tak daleka – aż zza oceanu. Grupa zagrała trochę za dużo wolnych piosenek, gdzie w sumie grał tylko głos Nicole Miglis. Ale i tak zostałam pozytywnie zaskoczona. To kolejny koncert, który zakończył się wiksą. Zakończenie tego występu to istny kosmos. Odlecieliśmy.

J: Byłem pewien, że nie znam tego zespołu, ale okazało się, że mam na Last.fm 67 odsłuchań ich ostatniego albumu. Skoro kompletnie o nich zapomniałem, to spodziewałem się czegoś nudnego i banalnego, ale zostawiłem sobie drugie odkrycie na koncert i na szczęście bardzo się pomyliłem z moimi prognozami. Miałem wrażenie, że czasami nie tylko dominował jej głos, że wręcz nikogo poza nią nie było na scenie. Zdecydowanie najbardziej charyzmatyczna postać festiwalu.

E: Po bardzo dobrym koncercie Hundred Waters przyszedł czas na Baascha. Jego płyta jakoś specjalnie do mnie nie przemówiła, ale na żywo wszystko się odmieniło. Producent na scenie pojawił się z perkusistą. To był naprawdę wciągający set, który sprawiał, że chciało się poruszać kończynami. Interesująca była gra Baascha na thereminie, którego nie spotyka się zbyt często podczas występów na żywo. I na tym skończył się mój dzień.

J: Ale za ominięcie Temples powinnaś mieć ciężkiego kaca. Dla mnie ten koncert był znakomity jeszcze zanim zespół pojawił się na scenie. Musieliby zagrać covery Gangu Albanii, żeby pozbawić mnie pierwotnego zapału do swojej muzyki. Kapel nawiązujących do lat 60. jest od groma, ale są to głównie inspiracje psychodelicznym obliczem rocka. Temples czerpie natomiast z twórczości The Beatles czy The Who i to zarówno z prostych, wpadających w ucho piosenek, jak i bardziej rozbudowanych, choć równie chwytliwych kompozycji. Znakomity koncert, nawet miałem ochotę zatańczyć, a zazwyczaj tańczę tylko do “YMCA”.

DZIEŃ 3

E: Na początek Dog Whistle. Ależ to był zabawny koncert! Albo inaczej – performens. Ubawiłam się, zasłuchałam, pouśmiechałam. Panie Ania i Lena mają na siebie pomysł i to jest najważniejsze. Jak same wspomniały ich muzyka nie jest idealna, ale charyzma, która od nich bije jest niesamowita. Podczas koncertu mogliśmy posłuchać utworów w języku perskim np. cover hitu sprzed 10 lat – “Boro Boro”. Piosenki proste i w większości wesołe – gęba sama się śmiała. Panie są naprawdę zakręcone. Polecam!

J: Tak! To było lepsze od wszystkich polskich kabaretów razem wziętych. Przypomniało mi o czasach, kiedy regularnie słuchałem “Makakofonii” w Radiostacji i muzyka wręcz przeszkadzała akcji, która toczyła się w studiu. Tutaj też wyczekiwało się końca piosenki, żeby odkryć kolejny dziwaczny pomysł zespołu.

E: A więc czekamy na ponowny występ pań w Trójmieście!
Na scenie obok zagrali Gengahr. Całkiem przyjemny występ. Było lekko gitarowo, indie-rockowo. Ale jednak było to dosyć poprawne.

J: Narażę się wielu osobom, ale GengahrPeace to dla mnie właśnie poprawne, rockowe granie bez wyraźnych przejawów kreowania indywidualnej tożsamości muzycznej. Nie znaczy to, że zagrali słabe koncerty, ale mogliby wymienić się repertuarami i nie dałoby się odczuć różnicy. Dobrze, że do Indie-rocka próbuje się wpuścić nieco świeżego powietrza, każda z tych kapel bije na głowę Kasabian czy inne Kaiser Chiefs (ktoś w ogóle rozróżnia te zespoły?), ale dla mnie jest to gatunek wymagający totalnej reformacji.

E: Zgadzam się z Tobą w zupełności. Indie-rockowcy powinni zmienić swoje inspiracje, bo naprawdę niemal wszystko robione jest na jedno kopyto.
Bardzo ubolewałam nad tym, że nie mogłam być w dwóch miejscach na raz. Dlatego tak cieszyłam się z występu MIN t, która zaproponowała nam namiastkę Up to Date Festivalu. Jej set był pełen niejednoznacznych dźwięków. Martyna Kubicz rozpoczęła od swojego hitu “Goodbye to the Lullaby”, a następnie przechodziła w różne rejony muzyki. Było techno, było downtempo, był house, był soul, było delikatnie, było i mocniej, były nawet rapy-trapy. Nie spodziewałam się aż takiego rozstrzału. Artystka ma bardzo dobry głos, co nie raz udowodniła tego wieczoru. Jestem zaintrygowana.

J: MIN t jest świetna, a nagminne przyrównywanie jej do Zamilskiej wynika tylko z tego, że są to dwie kobiety tworzące elektroniczną muzykę. Dawno nie czułem się tak dobrze na koncercie, podczas którego ruch sceniczny ograniczony jest do dreptania przed komputerem. Na pewno dużo zrobiło światło, którego dynamika dopełniała set Martyny. Zresztą w ogóle świetliki z B90 zasługują na honorowe miejsce w składzie każdego z występujących zespołów, dobrze pójść na koncert, który jest ucztą nie tylko dla uszu, ale również dla oczu.

E: Ach, te światła na MIN t! Kilka razy przerywałam swoje dzikie pląsy, aby powiedzieć koleżance bujającej się obok, że światłą grają tu wspaniale. To fakt, klubowi B90 nie można odmówić tego, że koncerty są tu pięknie podkreślane światłem.
Po MIN t przyszedł czas na kompletnie inną bajkę – The Wytches. To była totalna rozwałka. Panowie szaleli z gitarami. Było głośno, hardcorowo.

J: The Wytches było boskie i, podobnie jak w przypadku Temples, wydałem taki wyrok jeszcze zanim weszli na scenę. Oczywiście słychać w tym Nirvanę z okresu “Bleach”, słychać też The Sonics, ale kiedy ze strun lecą iskry, to na mnie zostaje rzucony czar i nie mogę nie być zakochany w takiej muzyce. Najlepszy festiwal, jaki mógłbym sobie wyobrazić to impreza w jakimś śmierdzącym smarami garażu, gdzie 5-6 kapel łoi tak, jak The Wytches. No dobra, może trochę przesadzam, ale trzeciego dnia to była dla mnie zdecydowanie najlepszy koncert, a bas nagłośniono tak soczyście, że aż przez chwilę zapragnąłem ponownie chwycić za moje wiosło. Na szczęście po powrocie do domu przeszło mi. Nie może mi natomiast przejść nucenie “One Night in Bangkok” Murray Heada, do którego zespół wychodził na scenę.

E: W końcu przyszedł czas na Jógę. Dwóch nieśmiałych chłopców jak zwykle pokazało klasę. Ich piosenki przesiąknięte melancholią pozwoliły na chwilę oddechu po wszystkich rockowych i wiksiarskich koncertach. Moją uwagę zwrócił niezły cover Banks “Brain”.  Jednak ten koncert wygrała publiczność, która była uważna i zasłuchana. Czego nie można było powiedzieć o publiczności Jógi na niektórych ich klubowych koncertach. Cóż, na tym koncercie nie było po prostu przypadkowych ludzi. Na Soundrive przybywają sami miłośnicy muzyki. Był to jeden z lepszych koncertów na tej scenie, dlaczego? Bo kiedy w trakcie jego trwania rozpoczęli grać Vaults, niewiele osób upuściło małą scenę, jak to przeważnie bywało podczas rozgrywających się tam koncertów.
Na Vaults nieco się wynudziłam. Odniosłam wrażenie, że pani ciągle śpiewa to samo. Taki electro-pop słyszeliśmy już nie raz. Trochę bez polotu, ale w ostatecznym rozrachunku całkiem nieźle. Ich utwory były monumentalne i podniosłe.

J: Na początku podobało mi się bardzo, ale z każdym kolejnym kawałkiem entuzjazm opadał. Trochę tak jest, że każdy słyszał podobne granie już nie raz, ale przykład The Wytches dowodzi, że oryginalność nie jest składnikiem koniecznym znakomitego występu. Kopiować też trzeba umieć, a w wypadku Vaults wyszło to połowicznie. Poza tym w kategorii performance wokalistka Vaults przegrywa z Bad Breeding.

E: Od dłuższego czasu śledziłam Polę Rise, jednak dotychczas nie było mi dane pojawić się na jej koncercie. Jej piosenek dobrze słucha się w domu, na koncercie jednak już tak dobrze nie było. Owszem, nie można jej odmówić obycia scenicznego, ale odnosiłam wrażenie, że wszystko to już było. Jedynym momentem, kiedy zainteresowałam się żywiej ich występem był motyw tańca – najpierw tańczyła Pola, dołączył do niej perkusista, a następnie Manoid.
Jako ostatni na dużej scenie pojawili się Peace. Zaczęli od “Bloodshake”, które rozruszało publiczność. To było naprawdę udane zwieńczenie całego festiwalu. Było energetycznie, zawadiacko, indie-szaleńczo.

J: Fanom Peace już raz się naraziłem, drugiego nie zaryzykuję. Najbardziej mnie cieszy, że na festiwalu Soundrive nie ma wyraźnego headlinera, że nie jest to impreza opinio odtwórcza i właściwie warto na nią iść nawet jeżeli kompletnie nie zna się żadnego z zespołów w programie. Takich “edukacyjnych” imprez jest w Polsce niewiele, a frekwencja pokazuje, że są potrzebne.

E: Line-up był bardzo imponujący mimo tego, że w zasadzie mieliśmy tylko jednego headlinera – Glass Animals. Ale czy na takim festiwalu można mówić o headlinerach? Każdy jest tu na takich samych warunkach. I to jest w tym piękne. Najlepsze na Soundrive jest to, że po skończonych koncertach artyści nie opuszczają od razu klubu, tylko często można ich spotkać na sali, popijających piwo, rozmawiających z ludźmi. Tutaj z każdym można przybić piątkę. Artyści także są publicznością, są tacy jak my.

Małe podsumowanie

Jeśli mowa o publiczności to chyba na tej edycji było jej najwięcej. widać, że festiwal wyrobił już sobie markę i przychodzą na niego tylko osoby żywo zainteresowane taką muzyką, uważni, odkrywający. Każdego dnia festiwal odwiedzało mnóstwo ludzi, a więc jest to frekwencyjny sukces. Już nawet 1 dnia, podczas pierwszego koncertu było sporo osób.

Publiczność chce odkrywać nowe zespoły, a Soundrive daje nam możliwość odkrycia w większości świeżej, dobrej muzyki. Organizatorzy starannie selekcjonują poznane zespoły, aby później móc podać nam 30 koncertów na wysokim poziomie. Nie ma innego takiego festiwalu w Polsce (Off uderza w innym kierunku) i to jest fajne. Bo kto na taki festiwal zaprasza zespoły, które mają 2 tysiące fanów na fejsie? B90 staje się trochę klubem dla metalowców, ale podczas tego festiwalu można w końcu posłuchać innej muzyki.

Jakie były plusy tegorocznej edycji?

  • Pomysł przerzucenia polskich wykonawców na Małą Scenę, zamiast robienie oddzielnego “polskiego” dnia.
  • Nie było żadnych opóźnień koncertów, wszystko chodziło jak w zegarku.
  • Oświetlenie!
  • Miasteczko festiwalowe: foodtrucki, DJ-ka, SKM-kowe siedziska i jest klimat.
  • Zaskakujące odkrycia muzyczne.

A co z minusami?

  • Scena Red Bulla na zewnątrz to nowość podczas tej edycji. Nie do końca się sprawdziła, ale to wina pogody. Deszcze i chłód sprawiły, że nie było tam wielu osób mimo tego, że naprawdę było czego słuchać. Być może następnym razem przydałoby się rozłożyć tutaj wszystkie koncerty tak, aby się na siebie nie nakładały i będzie idealnie. A, trzeba też rzucić jakiś czar na pogodę ;)
  • Po całym dniu koncertowania po godzinie 1 w nocy przydałby się jakiś DJ-ski set, aby towarzystwo mogło jeszcze się zabawić. A ostatniego dnia to powinien być mus – bo kto w sobotę nie chce bawić się do białego rana przy pulsujących dźwiękach?
  • W tym roku było bardzo polsko i brytyjsko, być może zabrakło trochę innych brzmień, mniej indie, bardziej np. folkowych, eksperymentalnych, albo zespołów  odstawiających istne cyrki na scenie. Widzimy tu np. takie Dakh Daughters. Ależ byłby czad!

To była bardzo udana edycja. Mamy nadzieję, że klimat festiwalu się nie zmieni.

Obejrzyj fotorelację z festiwalu:

Do zobaczenia na następnym Soundrive!

Rozmawiali: Jarosław Kowal i Ewelina Malinowska
Zdjęcia: Jarosław Kowal




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.