13 mgnień OFF Festiwalu

13 “naj” OFFa oczami redaktora Wieczorka.

Najładniejszy koncert: tres.b
Zamiast na KAMP! kolejny raz wybrałem się na tres.b i jedyne, czego żałuję to tego, że koncert trwał jedynie pół godziny. Oprócz piosenek z dwóch płyt, trio zagrało 3 nowe kawałki, które mają znaleźć na następnej płycie. Jeśli tylko utrzymają ten gitarowy kierunek, będzie bardzo dobrze. Jak zwykle w przypadku tego zespołu było bardzo ładnie i przyjemnie i tak, jak na OFFie dwa lata temu były bańki, tylko że tym razem puszczane spod sceny. Na koniec zaś dostałem moje ulubione “The Other Hand” w hałaśliwej wersji.

Najbardziej zdziwiony wykonawca: YACHT
Na koncercie zgasły światła i Amerykanie grali w półmroku. Nie dlatego byli zdziwieni. Zdziwieni i zaskoczeni byli, bo spodziewali się garstki osób, a nie namiotu wypełnionego po brzegi. Namiotu tańczącego w transie. Ten trans i tańce to tylko zasługa YACHT, ponieważ zagrali fenomenalnie. Mnóstwo energii, świetne, taneczne utwory, wokalistka wspinająca się na głośniki, uprawiająca aerobik i zbiegająca do fosy zrobiły swoje, nikt nie wyszedł z tego koncertu niezadowolony. Tym bardziej, że tłum nie dość, że wywołał zespół, ale ten nie mógł zagrać bisów, to jeszcze wychodził z namiotu Trójki z refren “Psychic City” na ustach. Serio.

Największy rozdźwięk między muzyką a image’em: Liturgy
Największe szatany tegorocznego OFF Festiwalu, wcale nie wyglądają jakoś bardzo szatańsko. Wręcz przeciwnie, Hunter Hunt-Hendrix z dwoma warkoczykami przypominał bardziej Pippi Langstrump niż groźnego, siejącego zło antychrysta. Mimo tego nowojorczycy zagrali bardzo dobry instrumentalnie koncert, dźwiękowy walec, który psuł jedynie wokal Hendrixa, przypominający mordowanego kota, ale takie są uroki black metalu.

Najbardziej opóźniony koncert: Polvo
Mieli zagrać o 18.40 na Leśnej, zagrali o 2.40 na eksperymentalnej. Opóźnienie o całą godzinę dłuższe niż dzień później Abradaba. Do koncertu rapera nie dotrwałem, za to na Polvo było wyśmienicie. Połamane rytmy i jazgotliwe gitary nie pozwoliły mi zasnąć mimo zmęczenia. Było kilka nowych utworów, które wyróżniają się tym, że Polvo nie brzmi w nich jak Polvo. Mniej w nich math rocka, a więcej klasycznego grania, zdarzył się nawet jeden kawałek z blues rockową rytmiką. Oczywiście pojawiły się też klasyki z “Thermal Treasure” na czele.

Największa wiksa: Omar Souleyman
Wiksiarskich koncertów na tegorocznym OFFie było sporo, jednak żaden nie mógł się równać z tym, co przygotował Syryjczyk, a raczej jego kurdyjski współpracownik za keyboardami. Omar przede wszystkim stał z mikrofonem pod pachą, od czasu do czasu poklaskując. No, zdarzało mu się coś zakrzyknąć do mikrofonu i zaśpiewać. Schowany za ciemnymi okularami uśmiechnął się tylko raz, gdy publiczność skandowała jego imię. Sceniczna persona doskonała. Schowany w półcieniu klawiszowiec był motorem całej imprezy. Na keyboardzie wygrywał melodie, robił bity, grał perkusyjne solówki, udawał, że gra na oud. Wszystko bardzo przaśne, ale w tym wszystkim zachwycające. A ja do tej pory zastanawiam się, czy oni robią to na poważnie, a nie nabijają się z głupich Europejczyków.

Najbardziej wyluzowany artysta: Sebadoh
Grali prawie na samym końcu festiwalu, po nich tylko Hype Williams i Awesome Tapes from Africa (i przeniesiony Abradab). Lou Barlow i Jason Loewenstein są jeszcze bardziej cool niż Stephen Malkus. Co jakiś czas zamieniali się instrumentami i miejscami na scenie. Zapomnieli nastroić gitarę. Pogadali trochę głupot. I przede wszystkim zagrali najlepszy koncert niedzieli, dzięki czemu trochę mniej żałuję, że nie było mnie w zeszłym roku na Dinosaur Jr.

Najbardziej stylowy koncert: Destroyer
Trąbka, winko, trochę jazzowych aranżacji, delikatne rytmy. Tak wyglądał najbardziej stylowy koncert tegorocznego OFFa. I przy okazji jeden z nudniejszych, bardziej wynudziłem się chyba tylko na smutasach z Low, choć oni mieli fajne momenty, a koncert Destroyera niczym nie porwał. Chciałem się zmywać, ale przecież w tym samym czasie grały smutasy z Xiu Xiu, więc wybrałem Kanadyjczyków, choć wynudziłem się jak mops.

Najlepszy cover: Baaba Kulka gra De Mono
Świetny, zabawny i bardzo melodyjny występ. Piosenki Iron Maiden w popowych aranżacjach jeszcze lepiej wypadają na żywo niż na płycie. Do tego przechodząca co chwilę przez scenę śmierć, w “The Number of the Beast” śmierci były 3 i każda miała pentagram i szóstkę, był też pan z akordeonem, wyekspediowany po piosence za kulisy. I był cover polskiego zespołu Ee Mono w środku jednego z hitów Anglików. Było epicko, ale czego można się spodziewać  po ostatnim koncercie takiej grupy.

Najmniej charakterystyczny artysta: Anna Calvi
Nastawiałem się na ten koncert, ale srogo się zawiodłem. Na żywo uwidacznia się największa wada Anny Calvi, czyli wspomniany brak własnej tożsamości. Wszystko już było, w różnych formach, u różnych artystek. Zasmucony, szybko uciekłem na Liars, którzy wcale nie byli lepsi…

Największe zaskoczenie: Male Bonding
Postawmy sprawę jasno, na ich koncert poszedłem tylko dlatego, że nie lubię shoegaze’u, który pod postacią Blonde Redhead królował wtedy na scenie głównej. Podobno nie mam czego żałować. Nawet, gdyby jednak BR zagrali dobrze, to i tak nie żałowałbym swojego wybory, bo Brytyjczycy hałasowali aż miło. Płytę mają mocno średnią, ale na scenie czują się świetnie. Szybkie, noise popowe kawałki zmusiły mnie do krótkiej wycieczki w pogo. A, uwierzcie mi, to zdarza się tylko na najlepszych koncertach.

Największe zniszczenie: AIDS Wolf
Przyznaję się bez bicia, że nie wytrzymałem do końca. Wiem, że to nojzy pełną gębą, ale było dla mnie trochę za głośno. Co jednak widziałem, zostanie mi na długo w pamięci. Gitarzysta i perkusista zapamiętale niszczący swoje instrumenty i drobna, psychopatyczna wokalistka, która z lubością połykała mikrofon i wydawała z siebie nieokreślone dźwięki. Mocne przeżycie.

Najwięcej problemów technicznych: Olivia Anna Livki
Panowie dźwiękowcy i techniczni nie mogli sobie poradzić z samplerem Olivii, który co chwilę nawalał, wiec pół godziny zleciało przede wszystkim na próbie opanowania zepsutego sprzętu, przez co usłyszeliśmy tylko cztery piosenki. Na szczęście były to cztery wyśmienite dance punkowo plemienne utwory, które porywały do tańca.

Najlepsze zakończenie festiwalu: Awesome Tapes from Africa
Brian Shimkovitz zamiast w namiocie Trójki puszczał afrykańskie kasety na scenie głównej, co idealnie zakończyło festiwal. Rozmarzony, relaksujący set piosenek naprawdę granych z kaset sprawiał, że żal z powodu końca festiwalu był trochę mniejszy.

Michał Wieczorek

Zdjęcia: Gosia Lewandowska

Fotorelacja z 1. dnia festiwalu
Fotorelacja z 2. dnia festiwalu
Fotorelacja z 3. dnia festiwalu




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.