10 nieanglojęzycznych płyt 2014

10 albumów, 10 krajów, 10 języków.

Angielski jest językiem globalnym, zdominował większość dziedzin życia. Muzykę również. Choć jej większość nadal jest tworzona w innych językach, nie widać  tego w podsumowaniach. Ze świecą szukać artystów śpiewających w innych językach, nawet tak szeroko używanych, jak francuski, hiszpański czy hindi. Nasze podsumowanie polskich albumów również wygrała anglojęzyczna płyta. Warto jednak wyjść poza utarte schematy i spróbować poznać coś więcej. Muzyka w innych językach nie gryzie, a często jest ciekawsza niż to, co pojawia się w największych serwisach. Dlatego przygotowałem dla Was 10 płyt, które zachwyciły mnie w ubiegłym roku. 10 albumów, 10 krajów, 10 języków.

Alsarah & the Nubatones – “Silt”

Alsarah urodziła się w Sudanie, dzieciństwo spędziła w Jemenie i Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszka do dziś. Na swoim debiucie wraz z zespołem Nubatones odkurza klasyki nubijskiego popu, tradycyjne melodie i dopełnia je kilkoma bardzo udanymi własnymi kompozycjami w rytm akustycznego funku. Nubia, region na granicy Egiptu i Sudanu jest łącznikiem między światem arabskim a czarną Afryką. I taki też jest “Silt”, słychać na nim oba te światy.

Cambodia Space Project – “Whiskey Cambodia”

W latach 60. ubiegłego wieku Kambodża miała jedną z najprężniej rozwijających się scen muzyki popularnej w Azji. Złota era khmerskiego rock and rolla skończyła się nagle i brutalnie – zbrodniczy reżim Pol Pota wymordował prawie wszystkich muzyków. Przetrwały płyty i po latach zaczęto odkrywać psychodeliczny świat khmerskiego rocka. Cambodian Space Project czwarty raz wracają do przeszłości, by przenieść ją w przyszłość.

Canailles – “Ronds-Points”

Jeśli chodzi o niezależną scenę Quebecu, frankofońskiej prowincji Kanady, karty znów rozdawała wytwórnia Gross Boite, również za sprawą drugiego albumu Canailles. Ta ósemka gra tak, że sypią się iskry z banjo, podłoga w stodole się ugina, ludzie tańczą do upadłego. Fantastyczna wariacja na temat country i bluegrassu podlana surrealistycznymi tekstami. Jest rozróba, alkohol, dziwne historie, nonszalancja. Są świetne piosenki.

Dálava – “Dálava”

Znów przekonujemy się, że tradycję można reinterpretować na nowe, oryginalne sposoby. Piosenki z morawskiej wioski Stražnice spisał w XIX wieku Vladimir Ulehla, biolog i etnomuzykolog. Trzy pokolenia później jego prawnuczka Julia wraz ze swoim mężem Aramem Bajakianem (gitarzystą, który współpracował z Lou Reedem i Johnem Zornem) wracają do tej pocztówki z przeszłości i dają jej nowe życie. Brawurowy pomysł i wykonanie, skrzące się dźwiękami, płynącym rytmem, momentami zbliżają się do bluesa, innym razem do noise rocka.

Dat Garcia – “Ermitano Interior”

Choć w ubiegłym roku wyszło przynajmniej kilkanaście wartych uwagi albumów z cumbią, to mnie najbardziej najbardziej przypadł do gustu debiut tej anonimowej Argentynki. Zgrabnie łączy folklor z futurystycznym brzmieniem, tworząc skromne sypialniane piosenki, w których jednocześnie słychać Andy, pampę i Buenos Aires.

Mdou Moctar – “Anar”

Tuareski książę popu w zeszłym roku doczekał się głównej roli w pierwszym filmie fabularnym w języku tamaszek (będącym luźną adaptacją “Purple Rain” Prince’a) i dwóch tras koncertowych po Europie, w czasie których rozgrzewał publiczność swoją transową grą na gitarze. Doczekał się tez winylowego wydania swojego debiutu, dostępnego wcześniej jedynie na kartach pamięci saharyjskich telefonów komórkowych (najpowszechniejszy nośnik muzyki w tamtym rejonie świata). “Anar” dla zachodniego ucha brzmi początkowo groteskowo – tony autotune’u, czerstwe bity, do tego gitara akustyczna. Jednak kryjące się pod tym brzmieniem piosenki są po prostu zniewalające.

Sólstafir – “Ótta”

To najgłośniejsza (w przenośni i dosłownie) pozycja w tym zestawieniu. Islandzcy metalowcy ze swoim piątym albumem pojawili się w kilku znaczących podsumowaniach ubiegłego roku. Całkowicie zasłużenie, bo nie sposób oderwać się od tej zimnej, hipnotyzującej nordycką przestrzenią i melancholią płyty.

Su Wai – “Gita Pon Yeik”

Album mieszkającej w San Francisco birmańskiej harfistki jest dobrym i bezbolesnym wprowadzeniem w tradycję muzyki dworskiej Azji Południowo-Wschodniej. Oparte na pentatonice utwory z liczącego ponad pięć wieków zbioru “Mahagita” brzmią egzotycznie i znajomo.

Szabó Balázs Bandája – “Élet elvitelre”

Właściwie mogłaby się na tym albumie znaleźć tylko piosenka go rozpoczynająca, a i tak byłby to jeden z moich ulubionych zeszłorocznych krążków. Na szczęście Balázs Szabó nie obniża poziomu, sypiąc jak z rękawa melancholijnymi folkowymi piosenkami, które sprawdziłyby się na ulicach Paryża. Gdyby nie ten węgierski.

Transmissor – “De lá nao ando só”

Najbardziej popowa płyta z dziesiątki. Brazylijczycy po prostu we krwi maja wysublimowane melodie i wykwintne progresje akordów. W połączeniu z miękkim brzmieniem portugalskiego i jaskrawymi gitarami rozmiękczą nawet największych sceptyków.

Michał Wieczorek

Muzyczne podsumowanie roku 2014:

Najlepsze albumy polskie >>
Najlepsze albumy zagraniczne >>
Najlepsze EP-ki >>
Nieanglojęzyczne albumy >>

Najciekawsze polskie utwory (playlista) >>
Najciekawsze zagraniczne utwory (playlista) >>
Najlepsze okładki >>
Najlepsze nagrania wideo
>>




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.