24.06.2010 22:19

Autor: fl23

Anthology of American Folk Music, Part One

Kategorie: Czytelnia, Felietony, POLECAMY

Wykonawcy: | | | | |


Anthology of American Folk Music, Part One

You know fame means nothing to me, fortune even less…

Odstające uszy, wielkie brody, piwo w pięciolitrowych kuflach, ogromne festyny, strzelanie do ludzi w obronie własnej, patriarchat, piosenki o cieple domowego ogniska i dużo źle nastrojonych instrumentów. Do tego matka chrzestna Miley Cyrus, stany, w których zazwyczaj wybory wygrywają republikanie i przaśny humor. I jeszcze bar Bob’s Country Bunker z “Blues Brothers” albo coś znacznie gorszego – program WC Kwadrans. Takie skojarzenia mogą przychodzić na myśl, kiedy mówimy o amerykańskim folku – od country, bluesa po old time music i bluegrass. No i oczywiście hillbilly! Tym schematom nie da się zaprzeczyć, ale spod wielu tuzinów płyt z muzyką o “twarzy” Dolly Parton i duchu Wojciecha Cejrowskiego można wykopać prawdziwe cymesy – nieskażone ani trochę cnotami wymienionymi na samej górze. Muzyka bardzo bliska tej, która bywa na hipsterskich, przehajpowanych salonach (Fleet Foxes, Grizzly Bear, Bonnie “Prince” Billy) i taka, którą lubią albo przynajmniej znają wszyscy (Tom Waits, Neil Young, Bob Dylan). Dotarcie do korzeni wymienionych wyżej artystów to świetny kontekst, żeby słuchać ich z większym zrozumieniem, a co za tym idzie – z większą przyjemnością.

Dzisiaj na zachętę przebojowe nagrania z trasy Północna Karolina – Teksas – Kalifornia. Według Google Maps ponad 2800 mil. W następnych odcinkach między innymi: opis kilku małych niezależnych wytwórni ze Stanów, kilka słów o korzeniach bluesa czyli nagraniach terenowych z Delty Missisipi, pierwszych zarejestrowanych bluesmenkach, o outlaw country, muzyce z Appalachów… CDN/TBC.

caroline.jpg Caroline Chocolate Drops – “Gunuine Negro Jig”
Nonesuch Records/2010

Carolina Chocolate Drops to zespół stworzony w hołdzie dla czarnych string bandów z początku XX wieku. String band – czyli na polskie realia, odpowiednik wiejskich kapel, których kronikarzem jest Andrzej Bieńkowski. Nazwa grupy to nawiązanie do słynnego – nawet poza granice stanu -  Tennessee Chocolate Drops. Ale właściwie to Carolina Chocolate Drops nie stworzyli zespołu w  hołdzie, stworzyli go zupełnie przez przypadek. W 2005 roku trzech młodych, czarnosnkórych muzyków co tydzień przyjeżdżało do miasteczka Mebane grać, a właściwie uczyć się grać od osiemdziesięcioletniego Joe Thompsona. Po improwizowanych spotkaniach w domu Thompsona przyszła kolej na koncerty w małych salach, okolicznych świetlicach. Dalej – pierwsza płyta w miniaturowej amerykańskiej wytwórni, kolejna dla równie małej wytwórni we Francji. W 2010 roku “Genuine Negro Jig” zostaje wydana przez, bodaj największe, zajmujące się folkiem wydawnictwo.

chocolatedrops.jpg Teraz czas na personalną prezentację zespołu. Na zdjęciu obok, od lewej – Rhiannon Giddens, Don Flemons, Joe Thompson (nie jest częścią zespołu, choć często grają razem koncerty) i Justin Robinson. Tak jak w każdym, klasycznym string bandzie mamy: skrzypce, banjo, gitarę i bas. Śpiewają wszyscy, ale na prowadzenie wychodzi Rhiannon Giddens, która zanim zaczęła studiować muzykę swoich przodków, uczyła się śpiewu operowego.

“Genuine Negro Jig” to właściwie kolekcja coverów. I tak mamy tutaj obok siebie utwory Etty Baker, Peggy Lee, Toma Waitsa i piosenkarki R&B Blu Cantrell. Nawiasem mówiąc, Blu Cantrell jest bardzo niedoceniana, a ma na koncie przynajmniej dwa świetne hity, ale to tylko taka mała dygresja. Dzięki tak rozległemu repertuarowi płyta jest nowoczesna i zarazem absolutnie staroświecka, mamy na niej wszystko, co może się przyśnić naszej amerykańskiej duszy. Utwory instrumentalne wygrywane są z  wirtuozerią i prędkością wielkich mistrzów bluegrass oraz z mocą i energią ojców założycieli punk rocka. Piosenki onieśmielają swoją wesołością i  bezpretensjonalnością, chociaż zdarzają się też bardziej rzewne akcenty. Do tego dochodzą proste i wyjątkowo uniwersalne teksty takie jak “I can’t read and I don’t care, and education is awful” albo “Your baby ain’t sweet like mine, no, no”. Płyty możemy słuchać na kilka sposobów, a najwięcej satysfakcji powinno nam sprawić jej scalenie. Zresztą niezależnie od tego jak będziesz jej słuchał/a to i tak powinnaś/powinieneś tupać rytmicznie nogą, kołysać głową i się uśmiechać. A co bardziej spontaniczne osoby słuchając jej idąc ulicą mogą nawet tańczyć.

Sposób pierwszy: “Genuine Negro Jig” jako płyta-historyczny przewodnik po tradycji czarnej muzyki wschodnich stanów Ameryki Północnej. Sposób drugi: “Genuine Negro Jig” jako płyta rozrywkowa. Jeśli puści się ją na imprezie, na pewno wyjdzie z tego coś ciekawego, chociaż nietypowego dla naszej szerokości geograficznej. Sposób trzeci: “Genuine Negro Jig” słuchane na wyrywki jako samozadowalacz – trzeba tylko stworzyć swoją własną listę utworów, które poprawiają Ci humor.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

jarosz.jpg Sarah Jarosz – “Song Up in Her Head”
Sugar Hill/2009

Długo zastanawiałem się, czy napisać tutaj o płycie Sary Jarosz. Stwierdziłem, że warto chwilę się jej przyjrzeć, a właściwie temu, co dzieje się obok niej. Nikogo nie zachęcam do jej słuchania, jest to zupełnie zbędne – wszyscy słyszeliśmy to setki, tysiące razy w radio. Po prostu uważam, że to świetna ilustracja do zbrodni na muzyce, którą od ponad wieku popełnia w Stanach przemysł kulturalny. To, co stało się w przypadku Jarosz jest podwójnie bolesne – Sarah została wykradziona muzyce, właściwie u samych źródeł amerykańskiej kultury.

Mieszkająca w Wimberley, miasteczku oddalonym o  45 minut drogi od stolicy Teksasu, rozśpiewana Sarah uczyła się gry na fortepianie i mandolinie. W wieku dziesięciu lat pojechała razem z  rodzicami na copiątkowy, nocny bluegrassowy jam w swoim miasteczku. Od tamtej pory bluegrass stał się dla małej Sary całym życiem, rodzice pomagali w pasji córki i wozili ją po całym kraju, gdzie poznawała najrozmaitsze techniki gry, uczestniczyła w jarmarkach i uczyła się starodawnych melodii z Appalachów. W wieku lat siedemnastu została przechwycona przez producentów, którzy stworzyli z niej całkiem niezły produkt. W rankingu Billboardu, kategoria bluegrass: miejsce pierwsze; w  rankingu Heatseekers: miejsce trzecie; w  rankingu US Independent: miejsce 21. Nominowana do Grammy w kategorii “Best Country Instrumental Performence”. Completely awesome, ale na jakość muzyki o dziwo się to nie przekłada. Dlatego nie będę pisał o  złych stronach tej płyty, wystarczy puścić sobie Edytę Górniak i uszami wyobraźni usłyszeć jak śpiewa bluegrass. Zastanawia mnie skąd się tam wzięły dwa utwory – przebłyski geniuszu. Tytułowy “Song Up In Her Head” i  instrumentalny “Fischer Store Road”. Nie dość, że są interesujące to jeszcze odróżniają się mocno od reszty wykonawców z rankingu Billboarda. I do tego zobaczcie, w jaki sposób Sarah gra na gitarze – oprócz bluegrassowej sprawności palców widać tu własny, niepowtarzalny styl będący wypadkową wszystkich jej doświadczeń muzycznych, a to się na listach przebojów zdarza rzadko. Miałkość reszty piosenek zrzucam na producentów, rynek muzyczny, przemysł kulturalny czy innego potwora, o  którego istnieniu wiemy, ale ma tak dużo macek, że nie do końca możemy go zlokalizować.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

frank.jpg Frank Fairfield – “Frank Fairfield”
Tompkins Square Label/2009

Zdjęcie na okładce nie pochodzi z lat trzydziestych ani nawet z pięćdziesiątych. Mężczyzna z okładki ma w tej chwili 23 lata, żyje w Kalifornii. Ponoć czasem można go spotkać grającego na ulicach Los Angeles, prowadzi też audycję w miejscowym radio. Puszcza tam archiwalne nagrania, na których naprawdę trzeba się skupić, żeby wyciągnąć coś spomiędzy szumów i trzasków kilkudziesięcioletnich czarnych płyt.

Można go wrzucić do szufladki old-time music, można jego postać sprowadzić do dobrej stylówy. Albo powiedzieć, że typ poszedł dalej niż jego folkowi koledzy, którzy zatrzymali się na flanelowych koszulach. Ale for God’s sake! Frank Fairfield ma głęboki kontakt z transcendencją, jest pomostem pomiędzy współczesnością a  muzyką Ameryki z początku wieku. Nie znajdziemy tutaj miłych melodii, gładkich harmonii i przyjemnych dla ucha chórków, czyli nie usłyszymy tego, co w dużej mierze opanowało dzisiejszą muzykę folkową. Nie wszystko brzmi czysto, czasami słychać nawet jak Fairfield niedokładnie dociśnie strunę, albo zbyt wysoko zaśpiewa. Aż trudno nazwać to albumem studyjnym. Brzmi to tak jakby muzyk wyszedł właśnie ze swojej drewnianej chatki i wykonywał je przed Alanem Lomaxem, który stoi z wielkim mikrofonem, toną przestarzałego sprzętu i nagrywa kolejny ważny materiał dla spuścizny etnomuzykologów i melomanów. Niestety, Alan Lomax już od dawna leży w grobie, ale za to Frank Fairfield odnawia kompozycje znane z nagrań dokonanych przez Lomaxa. Na płycie nie ma ani jednej autorskiej kompozycji, dla każdego Amerykanina są to piosenki, które dobrze zna i kojarzy. W Europie mamy czystszy odbiór tych nagrań, najczęściej nie są to utwory, które zdobyły popularność na Starym Kontynencie. A repertuar jest właściwie bardzo różnorodny: od szkockiej XVII-wiecznej ballady dla dzieci (“Fair Margaret and Sweet William”), przez swingującego klasyka wykonywanego m.in. przez Louisa Armstronga i Janis Joplin (“Hesitation Blues”) po… Szkoda wymieniać, bo na płycie jest prawie wszystko – standardy bluesowe, bluegrassowe, country i piosenki z Appalachów, kto zainteresowany ten może skorzystać z wyszukiwarki internetowej.

Wszystkie utwory z tego wyjątkowo szerokiego spektrum, Fairfield przerobił na swój własny, zupełnie unikatowy sposób, tak jak dzisiaj się nie gra. Skrzypce w jego rękach naprawdę skrzypią, nie wszystkie tony w jego wykonaniu brzmią przyjemnie, grając na gitarze muzyk wychodzi daleko poza podręcznikowe techniki gry – tak jak jego muzyczni protoplaści. Ja już więcej nic nie powiem – idę topić się w muzycznym bagnie, gdzie nic nie jest idealne, ale za to jakie własne. Dla mnie jest to najlepsza płyta wydana w  ubiegłym roku. Co prawda o jej istnieniu dowiedziałem się w tym roku, może w przyszłym poznam jeszcze lepszą? Wątpię, bo co może być lepszego od muzyki z początku XX wieku nagranej na początku XXI wieku?

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

Filip Lech

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.