Ambient na różne sposoby
Wrocław/30.11-02.12.2012

Relacja z Festiwalu Ambientalnego.

Wydarzenie poświęcone muzyce dyskretnie sączącej się w tle odbywało się we Wrocławiu już po raz piąty. Podczas tej edycji okazało się, że ambient można rozumieć bardzo różnie, albo że organizatorom niekoniecznie zależy na trzymaniu się ściśle tego gatunku, co w sumie żadną zbrodnią przecież nie jest. Wraz z upływem czasu robiło się coraz bardziej instrumentalnie; odbyło się dziewięć koncertów – po trzy dziennie. Całość bez szału, ale ceny biletów zdecydowanie podnoszą ocenę festiwalu.

VJ kradnie scenę

Dzień pierwszy rozpoczął w klubie Puzzle Vasen Piparjuuri. Koncert inauguracyjny okazał się najmniej ambientowy (ambientalny?) z całego programu wrocławskiego festiwalu. Muzyk zaprezentował raczej coś w okolicach breakcore’u i glitch’u, niż dźwięki mogące wtopić się w tło. Uszy słuchaczy zostały zaatakowane dźwiękami ostrymi, łomoczącymi, ułożonymi w sposób chaotyczny. Czasami spośród tej nawałnicy wyłaniały się ślady melodii lub wyraźniejszego rytmu. Był to ciekawy set, ale nie tak łatwo było się skupić na muzyce – przy całej jej inwazyjności – bo najciekawsze rzeczy działy się… w tle.

Za wizualizacje podczas dwóch pierwszych występów odpowiedzialna była VJ Emiko. Utrzymane w spójnej kolorystyce – niebieski, biały, trochę czerni i czerwieni – obrazy przedstawiały głównie fascynująco ucharakteryzowane kobiety wykonujące intrygujące ruchy; trzymały w dłoniach figury geometryczne (głównie trójkąty), miały kolorowe soczewki kontaktowe, były owinięte taśmą… wszystko wprawdzie do muzyki pasowało, ale jednocześnie było od niej o wiele ciekawsze.

Podobnie było w trakcie występu Piotra Michałowskiego jako Nmls. Muzyka była spokojniejsza, bardziej dronowa, przyciągająca uwagę pojawiającymi się od czasu do czasu mocniejszymi uderzeniami. Poza tymi momentami stanowiła raczej ścieżkę dźwiękową do wizualizacji – widz pochłonięty przez obraz mógł o niej zapomnieć mimo świadomości jej obecności.

Niewątpliwie praca VJ Emiko zasługuje na pochwałę jako zjawisko niezwykłej urody, posiadające zachwycający, hipnotyczny i oniryczny klimat. Jednakowoż nie sposób nie stwierdzić, że muzyka polskich wykonawców straciła na tym połączeniu, nie mogąc w pełni wybrzmieć pod natłokiem wizji, które nie robiły wrażenia stworzonych z myślą o niej. Choć udawało im się zgrywać, nie było wątpliwości co do tego, który element jest dominujący. A Emiko nie było nawet w oficjalnym programie festiwalu!

Bez wizualizacji występował Stefan Betke, czyli pole. Swój set rozpoczął od dźwięków przypominających miauczenie kota. Elegancko w plecione w elektroniczne beaty, delikatne piknięcia i szmery, były częścią kompozycji klarowniejszych niż poprzedzające je dokonania Polaków. Rytm był zawsze wyraźny, przez co muzyka nabrała potencjału tanecznego, choć tylko delikatnego, dlatego też pewnie widownia nie podjęła wyzwania.

Właśnie, widownia. Muzyka ambientowa z założenia ma być dźwiękami wyławianymi z tła. Czy jednak musi to być tło miliona konwersacji? Lepiej niż wysiłki stojących za stołem z laptopami (Vasen i Nmls) czy też posiadającymi milion kabli instrumentami elektronicznymi (pole) słychać było gadającą nieustannie publiczność. Tanie bilety mają jednak swoje minusy.

Rozpusta w świątyni

Drugiego i trzeciego dnia koncerty odbywały się w bardziej klimatycznym miejscu – w Synagodze pod Białym Bocianem. Festiwalowa sobota rozpoczęła się występem Szymona Kaliskiego. Tym razem był to rasowy ambient – cichy, mroczny i powolny, szczęśliwie niezagłuszony przez ludzi nie wiedzących, w czym uczestniczą. Klimat wspomagały wizualizacje stworzone na bazie twórczości Elmera Dyera , które tym razem nie podporządkowywały sobie muzyki, pozostając w tle i dyskretnie ją dopełniając.

Jako drugi na scenę wyszedł Rafael Anton Irisarri. Tym razem to nie laptop odgrywał najważniejszą rolę, lecz sporo elektronicznych sprzętów oraz gitara. Ta ostatnia była różnie słyszalna – czasami miałam wrażenie, że muzyk potrąca jej struny bez większego efektu. Cały set utrzymany był w nastroju podobnym do poprzedniego, chociaż Irisarri inaczej dozował wrażenia, zwiększając napięcie poprzez narastającą intensywność produkowanych dźwięków. Wśród owych dźwięków dominowały tony niskie oraz szumy i trzaski.

Carbon Based Lifeforms to Johannes Hedberg i Daniel Segerstad. Do Wrocławia zawitał jednak tylko jeden z nich. Co nie znaczy, że kawałki duetu brzmiały przez to gorzej. Pan zza stołu manipulował laptopem i małym elektronicznym urządzonkiem, ruchami dość niemrawymi. Wyglądało to nie tylko mało spektakularnie (co przecież nie jest konieczne) ale zwyczajnie nieprzekonująco. Ot, pykał jednym palcem czasem jedno, czasem drugie, zupełnie, jakby grał w pasjansa i sterował światłem w łazience. Dźwięki, jakie tworzył w ten sposób były owszem, urokliwe, ale mimo wszystko nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego niektórzy byli chętni zapłacić ponad trzykrotną cenę biletu, żeby zobaczyć ten występ. Jestem za to w stanie zrozumieć, że potem strasznie im się on spodobał – dysonans poznawczy. Łagodne, niemal popowe kompozycje o lekko tanecznym zacięciu wywołały tak wielki entuzjazm, że połowa Carbon Based Lifeforms zagrała coś nieco bardziej skocznego na bis. Publiczność zerwała się nawet z krzeseł i wyległa przed scenę, żeby odprawić rytuał taneczny.

Instrumenty

Trzeci dzień rozpoczęli An On Bast i Maciej Fortuna. Pani robiła podkłady na laptopie, na żywo manipulując również dźwiękiem, jaki pan produkował przy pomocy trąbki. Warstwa elektroniczna wypadała raz lepiej raz gorzej, czasami rytmy były mocne, czasami połamane, chwilami nieco spokojniejsze. Trębacz radził sobie świetnie, nadając całości niepowtarzalny klimat – w końcu połączenie elektroniki z tym instrumentem nie jest zbyt często spotykane.

Norwegowie z Deaf Center zagrali na keyboardzie i gitarze, wspomagając się oczywiście laptopem (zdaje się, że tworzenie ambientu jest bez tego urządzenia prawie niemożliwe). Ich set był najmroczniejszym punktem niedzielnego programu, nie zmieniły tego nawet klasycznie brzmiące klawisze. Niskie, dronowe brzmienia, zwłaszcza te dobywane z gitary, tworzyły wyjątkowy klimat. Koncert był nieco krótszy, niż być powinien.

Gwiazdą wieczoru był Jacaszek - miło, że mamy w Polsce kogoś, kto może występować w tym charakterze. Oprócz Michała Jacaszka obsługującego elektronikę na scenie pojawili się: Andrzej Wojciechowski z klarnetem i Ignacy Wiśniewski siedzący przy klawesynie (a raczej klawicyterium, czyli tymże instrumentem ze strunami ustawionymi pionowo). Utwory z płyty “Glimmer” brzmiały pięknie jak zawsze – mroczne, pełne szumów i skwierczeń podkłady i przebłyskujące dźwięki instrumentów doskonale wpasowały się w przestrzeń synagogi. Szkoda, że zabrakło wizualizacji – gdy Jacaszek występował podczas poprzedniej edycji festiwalu Unsound w Synagodze Tempel, muzyce towarzyszyły przetwarzane na żywo obrazy ozdób na ścianach budynku, co doskonale dopełniało koncert. Tymczasem trzeciego dnia Festiwalu Ambientalnego wiszący nad sceną ekran pozostał zupełnie pusty.

Wrocławski festiwal jest uroczym przedsięwzięciem, kuszącym cenowo, z ciekawym doborem artystów. Jak najbardziej zasługuje na to, by dotrzeć do fanów z wybranej niszy. Miejmy nadzieję, że za rok będzie piękniej.

Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.