11.04.2010 22:51

Autor: Michał Wieczorek

ALO – “Man of The World”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


admat_alo_motw_cover.jpg ALO – “Man of The World”
Brushfire/2010

Lato, plaża w Kalifornii lub na Hawajach, błogie lenistwo, drinki z  palemką, surfowanie. Niestety, do Stanów trochę daleko, ale przynajmniej pogoda jest już coraz lepsza. Jeśli jednak złapie nas chętka na taki wypad, zamiast wydawać fortuny na bilety lotnicze, możemy sięgnąć po nową płytę ALO, która w roli substytutu sprawdza się bardzo dobrze.

Tak jak obrazek opisany powyżej, “Man of The World” jest płyta niespieszną, słoneczną, rozmarzoną. Dużo tu ciepłego, delikatnego brzmienia, które jest bardzo kojące. ALO nie niszczą bębenków, zresztą, kto by o to podejrzewał współpracowników Jacka Johnsona.

Nazwisko najsłynniejszego muzyka wśród surferów nie padło tu przypadkowo, bo jest on ważną postacią w historii ALO i na tej płycie. Jego kolegą w college’u był Zach Gill, lider ALO, naturalnym więc było, że Johnson przyjmie ALO do swojej stajni, Brushfire Records. Potem poszło już z górki, wspólne granie, supportowanie Dave Matthews Band, płyta. A potem na 3 lata zamilkli. To znaczy od czasu do czasu grali koncerty, ale nie było nic słychać o nowej płycie. A kiedy już następca “Roses and Clover” ujrzał światło dzienne, okazało się, że nie dość, iż Jack Johnson jest jego współproducentem, to jeszcze współautorem czterech piosenek.

Album zaczyna się od siedmiominutowego “Suspended”, który zaczyna się zupełnie jak “60 Feet Tall” The Dead Weather, jednak już po 20 sekundach słychać, że to ALO. Delikatny bas, plamy klawisz, Youngowa gitara w tle. Do tego dodajemy charakterystyczny, ciepły głos Zacha (ale uwaga, na płycie śpiewa cała czwórka, a w dwóch piosenkach również Johnson). Niby nic się nie zmieniło, ale słychać, że chłopaków bardziej niż kiedyś ciągnie do jammowania. Ba, nawet wzięli udział w Jam Cruise – rejsie-festiwalu, na którym występowały przede wszystkim zespoły lubujące się w improwizacjach i długich jamach. Koncerty z Dave’em Matthewsem również mówią same za siebie.

“States of Friction” i “Man of The World” wybudzają z przyjemnego otępienia, w które wprowadza “Suspended”. To znak, że czas wstać z leżaczka i pójść posurfować. Lub z braku laku (w tym przypadku morza) wyjść na rower, pogoda jest do tego idealna ostatnio. “Put Away the Past” trochę zwalnia, ale przypomina, że czasem warto się pokajać. Pogoda nadal świetna. Zresztą słuchanie tej płyty prawdopodobnie przywołuje Słońce zza chmur. “Garden’s Grave” niesie silne piętno Jacka Johnsona, jest bardzo spokojnie, wręcz usypiające. Nudnawo jeszcze nie, bo piosenka trwa tylko dwie i pół minuty.” Time and Heat” to krótka wycieczka na Jamajkę, a “The Champ” to kawał rasowego, klasycznego rocka. Buja bardzo ładnie. Na koncertach pewnie sprawdza się jeszcze lepiej. Słychać w nim i Hendrixa i Zeppelinów i Younga, choć nie ma takiej zadziorności. Kończący utwór “I Love Music” jest powrotem jamowego oblicza zespołu oraz zgodnie z tytułem rozbujaną, radosną odą do muzyki.

W tym roku nie słyszałem jeszcze tak bezpretensjonalnie przyjemnej i słonecznej płyty. Pod tym względem przebijają nawet Vampire Weekend. No to co, jedziemy z chłopakami trochę posurfować na Hawaje?

Michał Wieczorek

Zobacz więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (3 głosów, średnio: 7,67 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.