13.04.2009 17:33

Autor: Michał Wieczorek

Absolutne szaleństwo, czyli The Subways w Warszawie i Poznaniu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy:


OLYMPUS DIGITAL CAMERA         Absolutne szaleństwo, czyli The Subways w Warszawie i Poznaniu

Na koncert The Subways czekałem od wydania przez nich “All Or Nothing”. Do Jarocina nie udało mi się pojechać, więc na spotkanie z Billym, Charlotte i Joshem musiałem poczekać do kwietnia.

Najpierw zagrali w warszawskiej Proximie. Była to sobota – dzień tanecznych imprez w warszawskim klubie, więc support pojawił się na scenie krótko po 19. W tej roli występowała młoda, polska formacja, Kumka Olik. Cóż, ich wersja indie grania zupełnie do mnie nie przemawia, choć słychać, że chłopaki mają potencjał bycia w czołówce, ale nie potrafią go jeszcze wykorzystać. Zaczęli od krótkiego, instrumentalnego wstępu, a potem od razu przeszli do swojego największego hitu, “Zaspanych poniedziałków”. Wokalista, Mateusz Holak, wydawał się być bardzo spięty i stremowany i odzywał się rzadko, a jego wypowiedzi ograniczały się do tytułu piosenki, którą właśnie mieli grać. W krótki, trochę ponad półgodzinny set wpięli także cover Malarzy i Żołnierzy, zespołu ojca braci Holaków.

Po przerwie na zmianę sprzętu i strojenie instrumentów, zgasły wszystkie światła oprócz reflektorów za perkusją Josha, a z głośników popłynęły… dźwięki techno. Napięcie sięgnęło zenitu. Wreszcie wbiegli na scenę i zaczęli z grubej rury. Od “Kalifornii”. Szaleństwo The Subways szybko udzieliło się publiczności, która rzuciła się w oszalały taniec.

O koncertach Anglików słyszałem wiele, widziałem też przeróżne nagranie na YouTube, ale mimo tego przygotowania, zostałem zmieciony ich mocą i energią. Każda piosenka zabrzmiała przynajmniej pięć razy mocniej i energiczniej niż na płytach. Nawet te z “All Or Nothing” (recenzja), które brzmiały jak wulkan energii. Wszystkie kawałki były eksplozją nieposkromionej, surowej, rokendrolowej mocy. Po prostu kosmos.

Na dodatek Billy Lunn to urodzony wodzirej. Na każde jego słowo publiczność reagowała szalenie entuzjastycznie, a każde jego polecenie wykonywała bez wahania. Oczywiście wspomniał jarociński koncert, parokrotnie zachwycił się polską publicznością, ale największy zachwyt wywołał dopiero pod koniec, gdy w czasie śpiewania ostatniego bisowego kawałka, “Rock’n'Roll Queen” przeszedł na polski! Niektórzy ograniczają się do zwyczajowego “dziakuja”, inni dodają do tego “dobri vyetchur”, jeszcze inni przygotowują sobie dłuższe przemowy, ale pierwszy raz zetknąłem się z tym, żeby ktoś zaczął śpiewać po polsku.

Oprócz tego Billy rzucił się ze sceny w tłum, dyrygował okrzykami publiczności, zachęcał do bycia jeszcze bardziej “fuckin’ crazy”, czyli wypełniał wszelkie obowiązki dobrego frontmana. Nie było jednak tak, że na scenie istniał tylko on.

Charlotte, mimo pewnej nieśmiałości i bycia w cieniu Billy’ego, również jest wulkanem energii. Skakała po całej scenie, miotała się, tańczyła z gitarą, śpiewała i cały czas się uśmiechała. A schodząc ze sceny, odważyła się na powiedzenie “dziekuja” . Josh, schowany za zestawem perkusyjnym, zachowywał się niczym zwierzak z Muppetów.

Po niecałej godzinie grania zakończyli podstawowy set swoją najlepszą piosenką, czyli “This Is The Club For People Who Hate People”. Po krótkiej przerwie, która niektórym wydała się końcem koncertu, bo panowie techniczni majstrowali przy mikrofonach (okazało się, że je po prostu wymienili), na scenę wrócił sam Billy i zaczął grać “Strawberry Blonde”, w którego połowie dołączyli Charlotte i Josh. I nawet ta piosenka zabrzmiała jak rasowy rocker, mimo że przecież jest balladą. Potem jeszcze “Girls & Boys” i rozciągnięta “Rock ‘n’ Roll Queen”. I to był już naprawdę koniec. Czas więc przejść do tego, co działo się następnego dnia w poznańskim Eskulapie.

A działo się praktycznie to samo, co dzień wcześniej w Proximie. Różnic było naprawdę niewiele. Wyższa sala umożliwiła wywieszenie ogromnej płachty z samochodem i nazwą zespołu, która robiła za dekorację. Brak w planach imprezy  po koncercie sprawił, że wszystko opóźniło się o standardową godzinę, The Subways więc weszli na scenę około 21.20, czyli wtedy, gdy w Warszawie z niej schodzili po bisach. I to prawie wszystkie różnice między tymi dwoma koncertami. I Kumka Olik i The Subways zagrali dokładnie to samo, co dzień wcześniej. Co więcej, nawet spontaniczne na pierwszy rzut oka zachowania Billy’ego powtarzały się dokładnie w tych samych momentach koncertu. Przykład? Tekst o tym, na ile w skali 1-10 publiczność ocenia swoje szaleństwo padł przed “Turnaround” i nawet ocena Charlotte była taka sama w obydwu przypadkach. Czy jednak wpłynęło to jakoś na odbiór koncertu? Nie, znów było to niesamowite przeżycie, choć przewidywalne, ale przecież, czy nie lubimy oglądać po raz kolejny ulubionego filmu, mimo że go dobrze znamy?

Billy dwukrotnie obiecał, że wrócą jak najszybciej się da. Oby jeszcze w tym roku i z nowym materiałem. Ja już wiem, że choćby mieli zagrać na drugim końcu Polski, będę tam na 100%.

Michał Wieczorek

Zdjęcia z Poznania są autorstwa Karoliny Rasińskiej, a z Warszawy Michała Wieczorka:

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.