12.08.2010 00:44

Autor: Zylka

3 Stawy – stolica alternatywnej kultury

Kategorie: Czytelnia, POLECAMY, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy:


sharin_off_2010.jpg 3 Stawy – stolica alternatywnej kultury

Kiedy miałem 6 lat, w kinie wyświetlano “Króla Lwa” – pierwszy przejaw sztuki, który mnie wzruszył. Piętnaście lat później pojechałem na OFF Festival do Katowic.

Na ten wybryk marzeń Artura Rojka, jakim jest OFF czekam rok w rok, jak na pierwszą komunię. Ogłaszane przez niego zespoły uzupełniające line’up, traktuję jak prezenty od ciotek i wujków. A kiedy po trzech dniach festiwal się kończy, obrażam się, że nikt już nie chce dla mnie zagrać i za złe mam sąsiadom z namiotowego pola, że zwijają swoje wygniecione karimaty, tak jak zwija się brudne obrusy, kiedy wyjdą ostatni goście.

Dlatego właśnie ta relacja będzie opowiadaniem młodego chłopaka, dla którego jego wielkie przyjęcie, które mu zorganizowano – skończyło się za wcześnie. Selektywna, subiektywna, zmieszana z zazdrością i podziwem. Oczywiście zobaczenie choć kwadrans każdego z 86 koncertów, które odbyły się na Trzech Stawach jest fizycznie niemożliwe. Dlatego przy pomocy mojego ułomnego umysłu dokonałem mniej lub bardziej celnej selekcji, tego co chcę usłyszeć. Chociaż mam wrażenie, że gdybym nawet wybierał koncerty na zasadzie przedszkolnej wyliczanki – nie mógłbym być człowiekiem nieszczęśliwym.

Dzień Pierwszy

Czekałem na jeden jedyny koncert. Czekałem od kiedy wydali płytę i dopuściłem się jedynej absencji na pierwszej edycji OFF’a. Gdzieś pomiędzy, trwając w oczekiwaniu przysłuchiwałem się ambitnie-przyzwoitemu koncertowi We Call It Sound, rozczarowałem się nieprzyzwoicie słabym występem współtwórcy Ścianki (i zespołu, którego wyczekiwałem tego dnia) oraz jego babińcowi. Zobaczyłem też fenomenalnie powracających do formy Something Like Elvis, którym najbardziej przychylna atmosferą scena leśna należała w pełni.

Jednak kiedy Piotr Stelmach, zaanonsował, że zespół Lenny Valentino zagra z 20 minutowym opóźnieniem, kiedy wygłosił pompatyczny wstęp, kiedy wreszcie Pan Przewodniczący po raz enty prawił o wyższości Śląska – straciłem świadomość i czucie. Lachowicz, Cieślak, Rojek… wszyscy znów, razem, na kilka metrów od siebie. Prywatnie – podobno im do siebie daleko, zagrali jednak niemożliwie idealnie. Od pierwszego do ostatniego utworu “Uwaga! Jedzie Tramwaj”. I nawet deszcz padający przez godzinę występu zdawał być się wpisany w scenariusz. Na scenie – minimalizm, wśród 10 tysięcznej widowni – bezruch. Paradoksalnie – tak właśnie wygląda centrum chaosu emocji.

Dzień Drugi

Widzieliście wesołych Islandczyków? Abstrakcja, prawda? Mnie też do trójkowego namiotu zaciągnęła głównie ciekawość tego zjawiska. I trafiłem, łyknąłem jak pelikan. Cały namiot, jak długi i szeroki – tańczył, bawił się jak gdyby każdy kto wybrał się na FM Belfast zaprosił ich na swoje osiemnaste urodziny. I ta władza, władza i bezsprzeczna tyrania przesympatycznej czwórki z Reykjaviku, którzy niczym Dave Gahan kazali publiczności raz to “come down”, a innym “go up”. Był to chyba najradośniejszy punkt całego festiwalu, czysta forma radości, bez zbędnego zadęcia i aktorstwa. Od tak, po prostu, krótki i skuteczny instruktaż “How To Make Friends”.

Potem zahaczyłem o trzy ostatnie utwory wielbionych przeze mnie Much i zasmuciłem się odrobinę. Nie chciałem długo dopuścić do siebie wieści, iż Poznaniacy potrafiący zagrać energetyczną bombę nuklearną w klubie, najzwyczajniej rozkładają się i gubią na dużej scenie. Może to wina braku próby spowodowanej awarią samochodu w połowie drogi na Śląsk? Może próbą poszerzenia sekcji rytmicznej o nowego bębniarza? A może po prostu przemęczenia?

Apteka za to stanęła tam, gdzie stała zawsze, na piedestale. Kultowo i zasłużenie. Ukłony.

Reprezentacja Danii w Katowicach nie był może liczna, ale na pewno pierwszoplanowa. O reputację swojego kraju zadbali autorzy koncertu-pozytywki z Mew. Był to występ kompletny, dopięty na ostatni, najmniejszy guzik. Najczyściej (!!!) zagrany koncert festiwalu, bezbłędni wykonane kompozycje, ściany gitar, jedyny tak wokal, psychodeliczne wizualizacje i… człowiek-taniec. Lepiej nie pytać po co, tylko dlaczego patrzyliśmy właśnie na niego? Introwertyzm wokalisty, potrzeba skupienia się na graniu, nie występowaniu? Może powodów doszukiwać się nie należy. Bo przecież “lubisz cole, bo nie wiesz jak się ją robi”. Potem emocje łagodnie opadały. Transowo-kołyszący panowie z Radio Dept. i hipnotyzująca Lali Puna.

Dzień Trzeci

Poszedłem na występ projektu Niwea, bo płyty słucham nieustannie, a ze znajomymi rozmawiam na zasadzie wycinków z podwórkowo-poetyckiej twórczości Wojciecha Bąkowskiego. Do namiotu przeciskałem się z nadziejami na “bolesną psychodramę”, wyszedłem ledwo hamując gejzer śmiechu z wrażeniami niczym po hybrydzie słabej komedii klasy b i pokazie siły na poziomie gimnazjum.

Na szczęście, szedłem prosto na Dum Dum Girls. I to prosto pod scenę (jak zapowiadałem przed OFF’em). Zakochałem się, nie wiem w czym mocniej. Czy była to czwórka dziewczyn z gitarami, czy ich muzyka, zahibernowana gdzieś na początku lat 70. Prawdziwa charyzma Dee Dee, prawdziwe emocje i prawdziwie lepiący się pot na skórze. Chłopaki by tak nie potrafili.

Połowę koncertu The Ravenottes nasłuchiwałem jednym uchem, ponieważ drugie miałem zajęte wywiadem właśnie z Dum Dum Girls. Schizofreniczność sytuacji sięgała absurdu. Świeżo co zakochany nie chciałem opuścić pięknie utalentowanych dziewczyn, wiedziałem natomiast, że odpuszczenia duńskiego duetu sobie nie wybaczę. Więc kiedy tylko pożegnałem dziewczyny z Los Angeles, przekonałem się jak nietrwałym uczuciem jest zauroczenie. Nie minął kwadrans od rozstania, a ja już wykrzykiwałem zwrotki “Aly, Walk With Me” razem z Sharin Foo. Raveonettes to jeden z ostatnich przykładów zespołu klasycznego. Nie poddającemu się modom i trendom, a mimo wszystko zdobywającego nowych sympatyków. I co z tego, że o miłości, i co z tego, że na gitarach. Takich jak oni, nie było i nie będzie.

O koncercie Flaming Lips nie napiszę nic. Bo jeżeli ktoś nie był – z zazdrości znienawidzi mnie jako uczestnika tego wydarzenia. A ten, kto był – wytknie mi niedokładność i miałkość metafor, jakimi posłużyłbym się do opisu tego zjawiska, jakie miało miejsce na scenie głównej.

To by było na tyle, nie opowiem wszystkiego, co działo się na Trzech Stawach. Po pierwsze dlatego, ponieważ pewnie bym nie potrafił, po drugie – bo okradłbym Was i siebie z przyjemnego uczucia  niedomówienia i niedosytu.

Epilog należy się nowemu miejscu festiwalu, katowickim Trzem Stawom. Pamiętam jakimi epitetami obrzucałem radnych miasta Mysłowice odpowiedzialnych za to, że OFF wyprowadził się z tego miasta. Czytałem pełen żalu list Artura Rojka. Zarzekałem się, że do Katowic nie pojadę i kropka. I co? I tak przyjechałem. I jeździć będę co roku. Chociaż, całe miasto nie żyje festiwalem tak jak w Mysłowicach, chociaż stało się mniej kameralnie. Trzy Stawy zdały egzamin, póki co zdają go też rządzący miastem Katowice, dzięki którym OFF w Katowicach, może stać się najważniejszym festiwalem w tej części Europy, a wspomnienie festiwalu w Mysłowicach jedynie miłym uśmiechem, a nie asumptem do sporów.

Dziękuję Arturowi Rojkowi.

Krzysiek Żyła

foto: Michał Jaskólski (Flickr)

Przeczytaj naszą pierwszą relację z Off Festivalu 2010

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.