20 płyt, których słuchaliśmy latem

Wakacje na krążkach.

Po lecie zostały nam już tylko płyty, które wydano w tym czasie. Każdy wie, że wakacje nie są zbyt dogodnym czasem na udostępnianie nowego wydawnictwa, ale muzycy nie zawsze stosują się do tej “złotej zasady”. Bo przecież skoro na rynku panuje wtedy mniejsza konkurencja, to może warto wydać krążek, który będzie lśnił na tle bylejakości i wakacyjnych składanek? Jednak czasami takie albumy giną i przyczyną tego nie jest wcale słaby materiał, a słońce, bezchmurne niebo i ciepła woda w jeziorze. Bo kto szuka nowej muzyki latem? No właśnie. Prawie nikt. Prawie, bo my jednak nie zwalniamy tempa i słuchamy nowych płyt także wakacyjną porą.

Jeśli przez trzy miesiące nie mieliście czasu zajrzeć do Internetu, posłuchać radia, czy też przeczytać niektórych magazynów, to śpieszymy z odsieczą. Zobaczcie, jakie interesujące albumy ukazały się latem. Być może któryś z nich niedługo pojawi się na Waszej półce.

CZERWIEC:

Blood Orange – “Freetown Sound”
To już trzeci album Deva Hynesa, na którym muzyk bawi się synthpopem, funkiem i r&b. I jest to prawdopodobnie jego najlepszy krążek. Brytyjczyk z każdą płytą dojrzewa. “Freetown Sound” nie jest ani za bardzo czarny, ani za mało czarny, ani za mocno queerowaty, ani zbyt mało queerowaty*. Idealne wyważenie liryczne i muzyczne jest wielkim plusem tego albumu. Nie tylko na lato.

case/lang/veirs – “case/lang/veirs”
Panie połączyły swoje siły i stworzyły niesamowicie ciepły album, który zbiera zewsząd pochwały. To bardzo kobieca płyta, osnuta wydźwiękami country i folku. Posłuchajcie takiego “Greens of June” – od razu robi się cieplej na sercu. Neko Case, k.d. lang i Laura Veirs pokazały, że warto jeszcze robić takie łagodne płyty, że warto współpracować z innymi muzykami i eksplorować nieznane zakamarki muzyki, bo czasami wychodzi z tego coś pięknego. “case/lang/veirs” na pewno sprawdzi się też jesienią.

Disclosure – “Moog for Love” EP
Disclosure nie dali szybko o sobie zapomnieć. Po sukcesie płyty “Caracal” (recenzja) w ubiegłym roku, postanowili wydać coś “na szybko” i tak oto mamy EP-kę z trzema utworami, które doskonale wpisują się w styl, który duet zaprezentował na początku swojej kariery. Mamy tu  house’owe “BOSS”, które idealnie sprawdza się na parkiecie, stonowane i lekko soulowe “Feel Like I Do” i mocno taneczne disco pod postacią “Moog for Love”. Płyta na rozruszanie.

LIPIEC:

Shura – “Nothing’s Real”
Alexandra Denton w końcu wydała swoją debiutancką płytę. Czekaliśmy na nią dobrych kilka lat, bo od czasów współpracy z Hiatusem (około 2010 roku). Jej singiel “Touch” był niewątpliwym hitem dwa lata temu, a kolejne piosenki niczym od niego nie odstawały. Shura brnie w muzykę z lat 80. i robi to świetnie. “Nothing’s Real” nie jest albumem narzucającym się. Jest za to płytą na niemal każdą okazję. Spodoba się fanom radiowych hitów oraz koneserom indie grania.

Taco Hemingway – “WOSK” EP (recenzja)
Filip Szcześniak lubi zaskakiwać. Chwilę przed wydaniem EP-ki uraczył nas singlem ze swojego nadchodzącego longplaya. Zamiast LP otrzymaliśmy EP. Ot, taki mały przedsmak płyty. Na “Wosku” Taco rozlicza się z ostatnimi miesiącami swojego życia, podczas których niewątpliwie był na świeczniku. Produkcją beatów zajęli się tutaj Rumak i Borucci. Na takich podkładach raper czuje się pewnie i słychać to bardzo dosadnie.

NAO – “For All We Know”
“For All We Know” jest pierwszym albumem angielskiej singer-songwriterki. Jej styl można opisać jako r&b i funk, które bardzo lubią się z vaporwave. NAO eksploruje nowe style, przechodzi płynnie z nowoczesnej elektroniki w bardziej odległe konwencje z lat 80. i 90. Lirycznie również jest ciekawie. Mimo że mamy tu aż 14 utworów (+ 4 “przerywniki”), ani na chwilę nie traci się zainteresowania albumem. Każdy utwór jest inny, ale całość spaja spójna koncepcja i wizerunek artystki.

Roisin Murphy – “Take Her Up to Monto”
Rozszalała się irlandzka wokalistka. Żeby tak wydawać płyty rok po roku? Jak widać Roisin Murphy nie opuszcza wena. Wydanie “Take Her Up to Monto” przeszło trochę bez echa, ale należy na chwilę pochylić się nad tą płytą. Artystka eksploruje tu rejony dobrze znane z poprzedniego albumu. Kompozycje w większości są długie (trwają ponad 5 minut), przez co słyszymy jak wszystkie aranże pięknie się rozkręcają. Nic, tylko się zapomnieć.

Floating Points – “Kuiper” EP
Elektroniczny jazz… Tak, właśnie w taki sposób najłatwiej opisać tę EP-kę. Dwie kilkunastominutowe kompozycje tworzą niesamowitą aurę tajemniczości. “For Marmish Part II” rozkręca się bardzo długo. Czekając tu na punkt kulminacyjny tracimy czas, bo ten nie nastąpi, a utwór powoli będzie się “odkręcał”. Drugi utwór, “Kuiper” jest jeszcze dłuższy, ale mniej statyczny. Więcej jest tu elektronicznych przeszkadzajek i żywych instrumentów, ale ciągle jest transowo i interesująco. Sam Shepherd wie co robi, czego przykładem są ostatnie trzy minuty utworu “Kuiper”.

Metronomy – “Summer 08″
Metronomy jak to Metronomy – lubią ze swoją muzyką poświrować. Na tej płycie nie było inaczej. “Summer 08″ pełna jest dźwięków charakterystycznych dla zespołu. Album jest równy, oszczędny w środkach, elektroniczny. Momentami jest bardziej melodyjny, jak np. przy okazji piosenki “Hang Me Out to Dry”, na którym gościnnie pojawiła się Robyn. Przyjemnie indie-rockowo jest też w utworze “Night Owl”. Nic, tylko słuchać.

Aphex Twin – “Cheetah” EP
Jeśli ktoś myślał, że na nowości od Aphex Twina będziemy znowu musieli poczekać jakieś dziesięć lat – to się grubo pomylił. Muzyk jest ostatnio dosyć płodny – po wydaniu pełnoprawnego albumu w 2014 roku nie spoczął na laurach i wydał EP-ki zarówno rok później, jak i dwa miesiące temu. Na “Cheetah” znajdują się standardowe dla Richarda D. Jamesa utwory, gdzie różne syntezatory odgrywają najważniejszą rolę. Pytanie tylko, kiedy Aphex Twin nauczy się dawać piosenkom normalne tytuły?

Bat for Lashes – “The Bride”
Po czterech latach od wydania “The Haunted Man” Bat for Lashes powróciła z nowym krążkiem. Natasha Khan na swoim czwartym krążku intryguje. “The Bride” jest bowiem konceptualnym albumem, którego główną bohaterką jest panna młoda-wdowa. Lirycznie zatem wszystko obraca się wokół miłości. Muzycznie jest bardziej zróżnicowanie – są ballady, jest ambientowo, są gitary, jest mistycznie i spokojnie.

Honne – “Warm on a Cold Night”
Duet z Londynu po wydaniu kilku EP-ek, postanowił w końcu wyjść do świata z pierwszym albumem. Elektroniczny soul, jaki tworzą panowie, ma w sobie coś intrygującego. Większość utworów jest wyważona i delikatna, ale nie brakuje wśród nich kawałków z pazurem. “Warm on a Cold Night” nie jest płytą tylko dla nastolatek. Każdy odnajdzie tam coś dla siebie – przekrój muzyczny jest bowiem całkiem duży.

Michael Kiwanuka – “Love & Hate”
Latem najlepiej słucha się soulu. Jesienią również. Michael Kiwanuka na swojej drugiej płycie pokazuje, że jest w czołówce soulowych wyjadaczy. “Love & Hate” jest niesamowicie wciągającą płytą, na której z każdym odsłuchem odnajdujemy coś nowego. “Black Man in a White World” jest majstersztykiem, który wręcz każe wstać i tańczyć, a przy tym zwraca uwagę na problem rasizmu. Warto poświęcić temu albumowi te 55 minut, aby zakochać się we wszystkim, co proponuje nam Brytyjczyk.

SIERPIEŃ:

Crystal Castles – “Amnesty (I)”
To mógł być już koniec Crystal Castles, ale Ethan Kath nie dał za wygraną. Czwarta w jego dorobku płyta, tym razem nagrana z inną wokalistką, jest jakby Crystal Castles w pigułce. Mówcie co chcecie na temat Edith, ale nie można mieć zastrzeżeń do warstwy muzycznej stworzonej przez Ethana, która stanowi niejako 80% całości krążka. “Amnesty (I)” jest po prostu dobrym albumem. Końcówka lata była idealnym czasem na wydanie tego wydawnictwa.

Frank Ocean – “Blonde”
Wiele osób nie mogło doczekać się tego albumu. Wprawdzie ja do nich nie należałam, ale nie sposób było nie sprawdzić owego krążka. Wnioski? To po prostu porządny kawał muzyki. W “Blonde” swoje palce maczali m.in. Jamie xx, Rostam Batmanglij i Jonny Greenwood. To nie mogło się nie udać. Album pełen jest ciekawych rozwiązań. Każda piosenka jest inna i właściwie nie wiadomo do końca jaki będzie następny krok Franka Oceana.

Kllo – “Well Worn” EP
Kllo tworzy duet Chloe Kaul i Simona Lama. Muzykę zaczęli tworzyć w 2014 roku, kiedy to wydali swoją pierwszą EP-kę – “Cusp”. W tym roku również postanowili wydać kilka utworów. Tym razem zostali bardziej zauważeni. A wszystko to za sprawą electro brzmienia okraszonego delikatnym soulowym wokalem. Miejmy nadzieję, że to dopiero początek, bo zapowiada się duet, o którym jeszcze wszyscy usłyszą.

Rival Consoles – “Night Melody”
Ryan West znowu to zrobił. Tym razem jednak jeszcze lepiej i jeszcze mocniej. “Night Melody” to sześć utworów, które wciągają bez reszty do swojego świata. Pulsujące beaty i transowe motywy sprawiają, że “Night Melody” można słuchać od rana do nocy i od nocy do rana. Mimo tego, że nie ma tu żadnego wokalu, muzyka jest bardzo liryczna. Sami możemy stworzyć do niej historie. West bez wątpienia potrafi obrazować emocje dźwiękami.

Glass Animals – “How to Be a Human Being”
W porównaniu do pierwszej płyty zespołu, o tej było dosyć cicho. Single przeszły trochę bez echa (choć ja sama nieźle zapętlałam “Life Itself” jadąc rano do pracy) i chyba właśnie w lecie i wakacjach można doszukiwać się tego przyczyny, bo sama płyta nie odbiega niczym “Zabie” (recenzja). Jest jeszcze bardziej różnorodnie, a co za tym idzie – interesująco. Nie jesteśmy już w dżungli, gdzie powietrze jest gęste. Jesteśmy nocą w mieście i wdychamy opary lata. Jesienią ten krążek będzie miłym wspomnieniem.

WRZESIEŃ:

James Vincent McMorrow – “We Move”
Czy James Vincent McMorrow nagrał w końcu płytę, która powala na kolana? Na kolana może nie, ale na pewno jest to najlepszy krążek w jego dorobku. Muzyk używa na płycie sporych ilości elektroniki. Brzmi to wyśmienicie, mimo że tego pana z brodą znamy raczej z singer-songwriterskich kawałków. Jeśli jeszcze nie poznaliście “We Move”, to musicie nadrobić zaległości, bo to jedna z najlepszych płyt tego lata.

Local Natives – “Sunlit Youth”
Trzy lata temu zespół wydał nostalgiczną płytę “Hummingbird” (recenzja). “Sunlit Youth” jest kompletnie inna. Grupa gra szybciej, weselej, mocniej. Local Natives poczynili duże postępy od swoich pierwszych utworów wydanych w 2009 roku. Miło jest przyglądać się zespołowi, który z krążka na krążek ewoluuje, przeistacza się z poczwarki w motyla. Oby tak dalej, a za kilka lat na pewno dostaniemy ich najznakomitszą płytę. Jednak póki co posłuchajcie “Sunlit Youth” – jest tego warta.

Ewelina Malinowska
fot. Gosia Lewandowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.